RYCZKA – MAŁY WIELKI MEBEL ŚLĄSKIEJ KUCHNI


Wujek Józek często przychodził do naszego domu, od razu kierował się do kuchni, która była oczywistym i naturalnym miejscem wizyty. Tu toczyło się i koncentrowało życie rodzinne. No, chyba że był fajer (święto) w rodzaju gyburstagu (urodzin), ale to inna historia, o której już pisałem. Mówił: ja, jest moja ryczka, nojlepszy mebel na świecie. Siadał przy piecu i zaczynały się klachy (rozmowy, plotki). Zdarzało mi się wtedy usiąść mu na kolanach (zicnońć na klinie), co było przyjemne, ale niezdrowe, bo wujek namiętnie palił papierosy (kurzoł cygarety).

Było to dawno (piyrwyj), kiedy nikt nie zapowiadał wizyty. Nie dlatego, że telefonów prywatnych było jak na lekarstwo, komórka kojarzyła się wyłącznie z chlywikiem (szopką), a pytanie o smartfon w najlepszym wypadku skończyłoby się również pytaniem: co ty tam fanzolisz? (co ty za głupoty opowiadasz?). Trudno to już dzisiaj pojąć, ale ludzie odwiedzali się ot tak, spontanicznie i na co dzień.

Czym jest ryczka – mebel bez którego trudno sobie wyobrazić śląską kuchnię. To prostokątny stołek, zydelek, taborecik, nie wyższy niż na pół metra, często malowany na biało albo obciągnięty ceratą, taką jak na stole kuchennym. Często z otworem na dłoń ułatwiającym przenoszenie. W części Śląska „mazurzącej” – na przykład w Piekarach, Radzionkowie, ale słyszę i w rodzinnych Siemianowicach – mówi się też rycka. Najpewniej słowo pochodzi z niemieckiego „die Ritsche” – stołeczek pod nogi.

Kiedy byłem dzieckiem (bajtlem) siedziałem na podłodze obok i gryzmoliłem w bloku rysunkowym na jej blacie. Albo oglądałem niezliczoną ilość razy najwcześniejszą literaturę – książeczki z serii „Poczytaj mi mamo”. Ryczka była moim najważniejszym i siedziskiem, i stołem zarazem w pierwszych latach życia. Meblem skrojonym na moją mikrą miarę, a z dorastaniem okazało się, na każdą. Właśnie do niej i kredensu (bifyja) pozostał mi największy sentyment.

Codzienny rytuał mojej babci polegał na tym, że siadała na ryczce, żeby swoim ulubionym nożykiem strugać kartofle. Nożyk lubił ginąć w obierkach i następnego dnia ciągle (sztyjc) słyszałem gderanie: Niy poradza, kaj jest moj noż. Zarozki dostana na dekel (Nie wytrzymam, gdzie jest mój nóż. Zaraz zwariuję). A że obierki z poprzedniego dnia w wiaderku tylko do nich przeznaczonym, z reguły zostawały, więc i zguba się znajdowała. Inaczej byłoby po niej (po ptokach).

Ryczka była potrzebna do czyszczenia butów. Siadał na niej tata, obok na podłodze rozkładał pasty, szmatki i szczotki i zabierał się za nasze obuwie. Pastowane i długo glansowane wytrzymywało w niemal cudowny sposób moje i moich braci brudzenie (cioranie).

Ten niepozorny mebel służył również do domowej wspinaczki. Kiedy tylko trzeba było wyjąć (symnońć) coś z górnej półki, odkurzyć obrazy, odczytać wskazania licznika prądu. Ciekawe, nie pamiętam, żeby używało się w tym celu krzesła. Zdawało się zbyt wyniosłe do tak przyziemnych celów, a ryczka – mała spolegliwa służka pozostawała zawsze do chętnej współpracy.

Z jej pomocą można też było ulżyć babci przy reumatyzmie (rojmatyce), kiedy noga mocno bolała (fest targała) i przysunąć jako podnóżek. Babcia tym sposobem upodabniała się do władczyni wydającej swym podwładnym polecenia, co – szczerze mówiąc – niezbyt odbiega od prawdy.

Kiedy chciałem sprawdzić, czy oprócz landrynek w puszce (szkloków w biksie) mama nie schowała w szafce u góry (na wiyrchu) jakichś lepszych słodyczy (maszkietów) – ryczka do szukania (sznupanio) też była nieodzowna.

Pamiętam czasy, kiedy w ciepłe późne popołudnia kobiety wynosiły ryczki przed familoki i godzinami mogły niespiesznie wymieniać uwagi ze świata, który rzadko wykraczał poza opłotki miejscowości. Paradoksalnie, dzisiejsza łatwość komunikowania spowodowała, że naturalne więzi, rzeczywista bliskość staje się złudzeniem. W tym względzie technika wiele rzeczy popsuła i ogólnie psińco z tego momy (nic z tego nie mamy).

Szkoda, że w nowoczesnych kuchniach, gdzie liczą się trendy i mody, dla ryczki zabrakło miejsca i mały, solidny stołeczek z litego drewna odszedł do lamusa. Może jego obecność w sterylnych, „laboratoryjnych” wnętrzach byłaby trudnym do wybaczenia przejawem sentymentalizmu gospodarzy i dowodem na ich prowincjonalne gusty?

Tak czy inaczej, kto jest i pozostanie królem śląskich mebli? Jasne, że mała  i skromna ryczka. Pierwszego miejsca na podium nie odbiorą jej ani bifyj (kredens), wertikoł (komoda), ani najwymyślniejszy nawet szrank (szafa).



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

GRUBA, ZOŁZA. DLACZEGO PRZECINEK MA TU ZNACZENIE
25.02.2021
SZOLKA. CZYM WŁAŚCIWIE JEST
14.01.2021
GYBURSTAG. URODZINY CAŁKIEM INNE, BO ŚLĄSKIE
19.11.2020
ŚLĄSKIE SŁOWA, KTÓRE TRZEBA WYJAŚNIĆ (NIE-ŚLĄZAKOWI)
29.10.2020
BADYHALA, A INACZEJ – PERŁA WŚRÓD PŁYWALNI
17.09.2020
GEOSFERA. NAUKA I RELAKS W JEDNYM
27.08.2020
ŚWIĘTOCHŁOWICE SĄ BARDZO DZIWNYM MIASTEM
06.08.2020
POJEZIERZE PALOWICKIE. TO NA PEWNO GÓRNY ŚLĄSK?
02.07.2020
STARANNOŚĆ POPŁACA. OGRODY KAPIASA W GOCZAŁKOWICACH
18.06.2020