RŻYSKO, JESIEŃ I CUDZOZIEMCY


To jedno z tych obłędnie cudownych polskich słów, przy których każdy uczący się języka polskiego cudzoziemiec szlocha z bezsilności. Rżysko jest piekielnie trudne w wymowie, dlatego takie nasze. I nie oddamy go nikomu. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, ile w tej nazwie brzmieniowego odniesienia do polskiego  krajobrazu.

pole po skoszeniu zbóż

Wymawiając ją, oglądamy z oddali tysiące brązowych i beżowych ostrych szpikulców. Tworzących ogromną, odwróconą ryżową szczotkę. Widziane z bliska, nadal nie tracą surowej niedostępności, są ostro zakończonymi, wystającymi z ziemi resztkami skoszonych zbóż. Chodzący po nich boso fakir dałby radę. I tylko on. Pod naciskiem buta poddają się jednak łagodnie, po czym z wolna powstają, by nadal pełnić swoją rżyskową obronną powinność.

pole po skoszeniu zbóż

pole po skoszeniu zbóż

pole po skoszeniu zbóż

pole po skoszonym zbożu

A jeszcze nie tak dawno było tu miejsce na łagodność i spolegliwość słowa – łany. Można by powiedzieć, ufny i spokojny obraz dojrzewających w letnim słońcu łanów, tym samym ciepło owej nazwy, przeminęły. Przyszła pora na coroczną cykliczną „wymianę” lekkości tego terminu na srogość rżyska. I w słownictwie, jak widać, a raczej słychać, nadchodzi czas na przygotowania do jesiennego umiaru i zimowej surowości.

pole po skoszeniu zbóż

pole po skoszeniu zbóż

pole po skoszeniu zbóż

pole po skoszeniu zbóż

pole po skoszeniu zbóż

pole po skoszeniu zbóż

pole po skoszeniu zbóż

Rżysko to znak jesieni, uspokojenia w przyrodzie. Ciepłej barwy dnia. Ufnego wyczekiwania na zbliżający się zimowy sen i nabierania sił do życiodajnego, wiosennego przebudzenia.

pole po skoszeniu zbóż

Warto ten czas wykorzystać. Może zamiast spaceru po handlowej galerii / to zawsze można przełożyć na listopadowe szarugi/ wędrówka po ścieżkach między polami. Ostatni moment. Wkrótce po rżyskach zostanie wspomnienie i widok odpoczywających po wydanych plonach, zaoranych całych połaci. Tak, jak to opisała – tworząc ze słów malarski obraz – Eliza Orzeszkowa w „Nad Niemnem”.

Zamiast świeżości, blasku i kipiątku wezbranego życia unosił się teraz nad tą równiną łagodny smętek natury, omdlewającej zwolna i z wdziękiem. Na spasionych miedzach, gładkich i pustych, zaledwie gdzieniegdzie sterczały nagie łodygi cykorii, ciemną czerwienią iskrzyły się bujne kity końskiego szczawiu, drobne puchy kotków i żółknące dzięcieliny trwożnie przypadały ku stwardniałym krawędziom zagonów. Jak okiem zajrzeć, zdeptane przez trzody ścierniska żółtość swoją mieszały z ciemną szarością zoranej gleby i więdniejącą zielenią kartoflisk, a wszystko to razem wyglądało jak kobierzec o barwach przygasłych i spłowiałych, na którym tu i ówdzie łanki dojrzałej gryki kładły rdzawo różowe plamy, a majową zielonością odbijał na korczyńskich polach bujający wysoki gaj końskiego zębu. Ścieżki tajemniczo przedtem na dnie zbożowej puszczy utopione widocznymi teraz, chociaż mdławymi skrętami przepływały ciemniejszą od nich rolę, której spulchnioną powierzchnię gęsto siadywały wrony, w zadumanych postawach spuszczając ku ziemi żeru szukające swe dzioby.

U skraju ściernisk, pod laskami, wzbijały się małych ognisk pastuszych niskie, nikłe, sinawe dymy; polne grusze, topole i wierzby stały jeszcze w zieleni gęstej, lecz sczerniałej i bez blasku, a kiedy niekiedy, nie wiedzieć skąd się biorąc, żółty liść przelatywał już powietrzem i gdzieniegdzie na polnych krzakach mlecznie bielały płatki pajęczyny. Zamiast upajającej woni kwitnących ziół, skoszonych traw, świeża zżętej słomy i z drzew ulatniającej się żywicy, czuć było naokół jeden tylko mocny, wilgotny, razowe pieczywo przypominający zapach ziemi, głęboko przez pługi wzruszonej. Zamiast ogłuszających śpiewów ptactwa i niezliczonych w rozmaitości swej brzęczeń owadów panowała wszędzie cisza, cisza nie śmierci jeszcze, ale wielkiego uspokojenia się istot i rzeczy, wśród której jednak odzywały się w górze ostre krzyki żurawi i klekot bociani, a w dole na mdlejących skrzydłach przelatywały spóźnione motyle, pszczoły nad łankami gryki brzęczały i powyżej drzew dzwoniła ciągle niewidzialna struna nadwodnych muszek.

pole po jesiennym zaoraniu

 Czy zobaczymy dziś jeszcze „pastusze ogniska” – nie jestem przekonany, ale wrócić z wycieczki ze wspomnieniem, jak to „ścierniska żółtość swą mieszały z ciemną szarością zoranej gleby i więdniejącą zielenią kartoflisk” – bezcenne. Przekonać się o tym nietrudno. Decyzja, plan, dobre buty albo rower i ruszajmy!



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

LISTOPAD NA „ŻABICH DOŁACH”. JAK Z OBRAZKA
09.11.2017
PAJĘCZYNA – ARCYDZIEŁO SAMOTNEGO GENIUSZA
09.11.2016
OSTATNIE LIŚCIE NA WODNYM NIEBIE
22.11.2015
W ŻÓŁTYCH PŁOMIENIACH LIŚCI ALBO DLACZEGO JESIEŃ
25.10.2015
chleb z papryką w scenerii jesiennych liści
GRZEJĄCY CHLEB W CIEPŁYM KOLORZE JESIENI
11.10.2015