ŚLĄSKIE PRANIE I BIGLOWANIE PRZED BOŻYM NARODZENIEM


No i kolejny rok prawie już minął, a minął – mawiała niegdyś moja kilkuletnia chrześnica – „jak z byka trzask”. Zanim go będziemy żegnać, najpierw śląskie domy trzeba przygotować na „Godne Świynta” (Boże Narodzenie). Porządki zaczynały się od wielkiego prania, po czym następowało równie wielkie „biglowanie” (prasowanie). Jak to kiedyś wyglądało?

Okresowi przedświątecznemu towarzyszyła w moim domu mobilizacja niemal wojenna. Trzeba się było brać za „klupanie” (trzepanie) „kloprym” (trzepaczką) „lojfrów” (chodników) i „tepichów” (dywanów) na „klopsztandze” (trzepaku), którym u nas była brama wjazdowa.

Potem okna „łopucować” (czyścić). Żadna szanująca się gospodyni nie pozwalała sobie na pozostawienie ich bez „gardin” (firanek). A te należało koniecznie uprzednio „wyszpanować” (naciągnąć) i dopiero powiesić na „gardinsztandze” (karniszu).

To działo się jednak później. Pierwszym sygnałem, że  mama zauważyła majaczące na horyzoncie święta była cała operacja związana z praniem. Jasne, że „przodzi” (wcześniej) trzeba było „przeblyc łożka” (zmienić pościel).

W wyznaczonym dniu od wczesnego ranka na środku kuchni honorowe miejsce zajmowała „waszmaszyna” (pralka) Frania – wielkie osiągnięcie techniki z jednym ebonitowym pstryczkiem, który włączał i wyłączał to cudo. Gospodynie nie mogły się jej nachwalić; w końcu „downi” (dawniej) trzeba było prać na „waszbrecie” (na tarce do prania). Szczęśliwcy mieli w piwnicy „waszkuchnia” (pralnię). My też, tylko nikt w niej nigdy nie prał.

Tego dnia mama do obiadu nie miała głowy, więc jedliśmy przygotowany dzień wcześniej „ajntopf” (potrawę jednogarnkową). Zresztą, piec i tak zajęty był przez wielki aluminiowy gar z mydlinami. Wreszcie późnym popołudniem było po wszystkim, mama słaniała się ze zmęczenia, a ja z niepokojem wyglądałem ciągu dalszego.

Rzecz w tym, że po wyschnięciu trzeba było już „ino” (tylko) duże kawałki „wyszkrobić” (wykrochmalić), mniejsze „wybiglować” na „bigelbrecie” (desce do prasowania). Niestety, pozostawało też zadanie dla mnie, którego po prostu się bałem. Bo przyznaję, że życie w późnym dzieciństwie toczyło mi się od biglowanio do biglowanio. Jak to możliwe? Już opowiadam.

Kiedy tylko pranie podeschło, razem z mamą i wypełnionym „jasnobronotnym waszkorbym” (jasnobrązowym plecionym koszem na pranie) pośrodku nas, trzymając z każdej strony za „hynkle” (uchwyty), szliśmy do oddalonej o sto metrów „walkowni” (magla). Szliśmy wolno, wyjątkowo przy tej okazji mi się nie spieszyło. Powietrze wokół nas „woniało” (pachnęło) od tych „łoblyczek” (poszewek), „płacht” (prześcieradeł), „tisztuchów” (obrusów), „badytuchow” (ręczników kąpielowych), „handtuchow” (ręczników do rąk).

 

Oczywiście, zawartość waszkorba nie mogła być wystawiona na widok publiczny – wiadomo, ludzie są wścibscy i mogą „łobgodać” (wziąć na języki), a i pranie mogłoby się „ufifrać” (zbrudzić). Tak więc całość mama skrupulatnie przykrywała „mangeltuchym” (lnianą serwetą).

Docieraliśmy na miejsce. Niekiedy trzeba było trochę poczekać w kolejce. Panie skrzętnie wykorzystywały te chwile, aby „poklachać” (poplotkować). We mnie zaś strach rósł i rósł. Powodem była zbliżająca się chwila, kiedy mama pokropiła pranie wodą, podłożyła mangeltuch, po czym z czułością wyprostowała „faldy” (fałdy) i dała znak, że mogę „korblować” (kręcić korbą).

 

Oblany zimnym potem kładłem ręce na wyślizganej przez pokolenia drewnianej rączce korbli i zaczynałem kręcić. Nieubłaganie w moją stronę z lekkim dudnieniem zbliżał się gruby „kulok” (wałek), który naciskając prasował leżące pod nim pranie.

 

Toczący się kulok był tuż obok, wszystkie zmysły w stanie najwyższego napięcia skupiłem na toczącej się, groźnie połyskującej kłodzie. Oczami wyobraźni widziałem jak przez „cufal” (przypadkowo) wał wciąga mnie pod spód i bezlitośnie toczy po moim ciele. Kołatało mi w głowie: „Co tam, że będę cieniutki jak opłatek, ale jak zareaguje mama na świeżo wybiglowane, a już ubrudzone wielkim „flekiem” pranie!”

I już święta byłyby zepsute.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

KTO Z NAS PLECIE ANDRONY I GONI W PIĘTKĘ?
15.07.2021
DLACZEGO WCIĄŻ NOSZĘ TRADYCYJNY ZEGAREK
08.07.2021
SROGO CHAŁPA I ANCUG Z WESTĄ. JAK TO BĘDZIE PO POLSKU?
13.05.2021
ZAPROSZENIA ŚLUBNE JAKO POLE MINOWE
04.03.2021
GRUBA, ZOŁZA. DLACZEGO PRZECINEK MA TU ZNACZENIE
25.02.2021
SZOLKA. CZYM WŁAŚCIWIE JEST
14.01.2021
RYCZKA – MAŁY WIELKI MEBEL ŚLĄSKIEJ KUCHNI
10.12.2020
GYBURSTAG. URODZINY CAŁKIEM INNE, BO ŚLĄSKIE
19.11.2020
ŚLĄSKIE SŁOWA, KTÓRE TRZEBA WYJAŚNIĆ (NIE-ŚLĄZAKOWI)
29.10.2020