ŚLĄSKIE PRZEKLEŃSTWA, CZYLI JEZDERYNY ZAMIAST WULGARNOŚCI


Dwa zaskoczenia. A właściwie trzy, ale o tym ostatnim wspomnę na końcu. Po pierwsze, nie jest to dziś takie łatwe spotkać na Śląsku starszego mężczyznę, który swobodnie włada gwarą i znane mu są śląskie przekleństwa. Co więcej, używa ich w naturalny, niewymuszony sposób. Dlaczego wspominam o mężczyźnie? Bo śląskie gospodynie nie przeklinają, a jeśli, to w rozczulająco łagodny sposób. Dlaczego o starszym? Bo młodzi wyparli z gwary niemal całkowicie przekleństwa na rzecz powszechnego już w polszczyźnie językowego ścieku. Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale kiedyś dialekt był, jak przekonują filolodzy, niemal całkowicie pozbawiony wulgarności.

Kolejna niespodzianka związana jest z liczebnością przekleństw. Dokładniej, skromną liczbą. Istniały z pewnością warianty, wersje używane wyłącznie na małym terenie miasteczka, wsi, ale w gwarze oficjalnej jest ich ogólnie naprawdę mało. Zamiast nowych, wepchnęły się ogólnopolskie ordynarne słowa, wyrażenia i w rezultacie mamy przedziwną mieszankę. Coraz częściej słyszanej wokół gwary, zwłaszcza odkąd zapanowała moda na regionalizmy (według ostatnich badań posługuje się nią około czterdzieści procent uczniów). I wtłoczonych w ten dialekt wulgaryzmów słyszanych wszędzie, o każdej porze i bez względu na płeć. Dla osób znających śląską mowę w jej nieskażonej postaci brzmi to rażąco nieprawdziwie i sztucznie. Jak powiedziałaby babcia: „tak godają ino soronie”, czyli ludzie źle wychowani. Kto wie, być może dawni Ślązacy jakimś szóstym zmysłem wyczuwali tę różnicę i wiedzieli, że przekleństwo to kategoria występująca i naturalnie zadomowiona w języku, a właściwym miejscem dla wulgaryzmu powinien z reguły pozostać słownik.

Czy musiało dojść do niekorzystnych zmian? Językoznawca, profesor Jolanta Tambor z Uniwersytetu Śląskiego od lat bada śląską gwarę. Twierdzi, że wszystkie dialekty są na to skazane: „Po prostu każda kultura tradycyjna po zetknięciem się z kulturą masową w warstwie językowej nasiąkała wulgarnością. Dopóki była oparta na wartościach rodzinnych, etosie pracy czy pobożności, zamiast przekleństw wystarczały eufemizmy. Podobnie było na Podhalu czy na Kaszubach.”

Nie chce się wierzyć, ale największym przekleństwem w śląskiej gwarze był „pieron”. Dzieci dobrze wiedziały, że tak mówić nie wolno. Profesor Jan Miodek dodaje: «Szczytem oburzenia było słowo „pieronie!”. Jak mój ojciec bardzo się zdenerwował, to dodawał: „pieronie sodomski!”»

Jeśli chciało się kogoś dosadnie określić, mówiono: „ty pieronie”, a jeśli naprawdę skutecznie i na całe lata obrazić, to: „ty pieroński giździe”. Jasno dawano w ten sposób do zrozumienia, że ma się przed sobą człowieka budzącego odrazę. Po prostu „chachara”.  Było też „pierzyński giździe”, ale na mój słuch to forma nieco złagodzona. W każdym razie, i w „pieronie”, i w „giździe” tkwiła moc. Należało się dwa razy zastanowić przed ich użyciem. Inaczej otwierała się prosta droga, żeby „przyjść z kimś na krziwe pyski”. Że i „gizd” był słowem występującym tylko w języku dorosłych, wspominać nie muszę. Oba śląskie przekleństwa na tle „obowiązujących” obecnie brzmią zupełnie neutralnie i niewinnie. Jakiś czas temu byłem świadkiem, jak ojciec mówi dobrotliwym tonem do swoich synów odbierając ich z przedszkola: „wy pierony”. Jego dziadek z pewnością nigdy nie nazwałby tak dzieci. Ale kiedy mówi wśród kamratów z czułością o swojej żonie: „to je pieronym dobro baba”, mogę sobie wyobrazić.

Tak czy inaczej, byłoby ciężko za sprawą mocnych śląskich słów wyróżnić się, czy nawet wykreować, jak to czasem udanie robią, używając potoku wulgaryzmów, politycy i celebryci. Aż chce się przywołać w tym miejscu stare i mądre powiedzenie: „Brzydkie słowa, brzydkie myśli, brzydki człowiek”.

Oczywiście od „pierona” utworzono i inne: „pierońsko”, „pieroński”, „pieronowy”, a jedna z teorii mówi, że od nich powstały, można powiedzieć, formy subtelne dla pań – „jeronie”, „jezderkusie”, „jezderyny”, nawet „jezderyjo”. Co ciekawe, istniał rzeczownik „pieron” (co za pieron!), a nie było „jeron”.

Ostatnie, trzecie zaskoczenie w kategorii śląskie przekleństwa dotyczy form „pierona” zupełnie już złagodzonych i dziecięco oswojonych, bo jakże inaczej określić: „piernika”, „piernika kandego”, „farona”, „pierzyna”. Niemożliwe, po prostu w głowie się nie mieści, że kiedyś ludzie rozmawiając ze sobą – nawet w sytuacji, kiedy silne emocje brały górę – nie używali wulgaryzmów. To musi brzmieć dla wielu jak życie bez powietrza.

Wiem, że tematu nie wyczerpałem. Pomagała zawodna pamięć, wspomnienia i rozmowy. Cieszyłbym się więc z każdego uzupełnienia, czy nowych wątków.

No i nie ukrywam wielkiego zaciekawienia, jak to było (jest) z przekleństwami w innych gwarach w Polsce.

Zapraszam do artykułu o śląskiej gwarze. Dla wielu będzie blank nowy.

 


TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

zameczek w Michałkowicach
„ZAMECZEK” W MICHAŁKOWICACH. CZYLI GDZIE?
25.09.2018
HUMOR ŚLĄSKI. NIEPODOBNY DO INNYCH
30.12.2017
TYKNIJ TUKEJ. GWARA ŚLĄSKA W NATARCIU
04.10.2017
GWARA ŚLĄSKA. ROMA TO NIE ZAWSZE RZYM
20.06.2016