ŚLĄSKIE WICE. CZY GWARA POMAGA DOWCIPOWI?


Najlepiej śląskie wice, czyli dowcipy, opowiadał mój wujek, nomen omen, Wicenty, którego przy okazji wpisów poświęconych gwarze Górnego Śląska ciepło już nieraz wspominałem. Dialekt tego obszaru staje się powoli modny, a na pewno akceptowany, co jeszcze nie tak dawno było mało oczywiste. Wciąż jednak brakuje dobrego słownika polsko-śląskiego, stąd wiedza opierana jest na wspomnieniach z dzieciństwa i rozmowach z pokoleniem dziadków. I to właśnie oni pozostają niedościgłymi mistrzami w opowiadaniu dowcipów.

Gwara śląska jest zadziwiającym zlepkiem wyrazów z różnych języków, a nie wyłącznie niemieckiego, jak zwykło się przypuszczać. Niedawno przeczytałem, że spodnie – gwarowe „galoty”, to francuskie „culotte” przeniesione do nas za pośrednictwem czeskich „kalhotów”. A taki „maras” – brud, powstał z angielskiego „marsh” – bagno, błoto. Anglicyzmy w gwarze są najpewniej znakiem przybycia na Śląsk w połowie XIX wieku przemysłowca, Johna Baildona z ekipą swoich szkockich rodaków. Zresztą, jeśli tylko wgłębić się w gwarę śląską, rychło zobaczymy, że jest prawdziwą skarbnicą słów tajemniczych i egzotycznie brzmiących, o czym można się przekonać spoglądając choćby i na śląski Facebook, gdzie zamiast przycisku „lubię to” możemy dać „przaja tymu”, a nasi znajomi to po prostu „kamraci”.

Śląskie wice, bo o nich dzisiaj – trzeba przyznać – nie są dowcipami intelektualnie finezyjnymi, z subtelną grą słów, wplecioną aluzją. I te dawne, i te wymyślane współcześnie należą do grupy rubasznych, frywolnych, czasem nawet sprośnych. Łączy je nieprzekraczanie granicy, poza którą mamy do czynienia z wulgarnością albo bluźnierstwem. Pamiętajmy jeszcze o jednym – bez wątpienia najlepiej dla ucha brzmią, kiedy opowiada je rodowity Ślązak. Zapisane to już nie to, ale próbować można.

Trzi baby z Rudy szły na torg. Naroz patrzom, a w rowie leży łożarty chop. Cało gemba mioł w marasie, tak że nie szło go poznać. Za to galoty mioł cołkiem spuszczone.

Popatrzyły sie i pierszo godo:

Na szczyńście to nie moj Ecik.

Drugo na to:

Ani moj Zeflik.

Trzecio wejrzała z bliska i godo:

Niy, to niy jest żodyn chop z Rudy.

Mamo, mamo!

Camu sie drzesz?

W mojym łożku leży bebok (straszydło).

Co żeś się z dyskotyki przyprowadzioł to mosz.

Szofer tira dzwoni do szefa:

– Rozjechołech psa. Co robić?

– Zakop go i jedź dali.

Za chwila zaś dzwoni:

– A co mom zrobić z radiowozym?

W aptyce.

– Mocie środek na porost włosów?

– Ja. Widzicie tego wonsatego kasjera?

– No i?

– To moja staro. Chciała tubka zymbami odkryncić.

– Jasiu, Twoje wypracowanie o kocie to jedno zdanie: „Moja kotka urodziła 2 kociaki”. Nie za mało?

– Tyż żech sie zdziwioł, zeszłego roku miała 5.

Żona z radościom wraco do dom:

– Przejechałach dzisiej trzi razy na czerwonym i nie dostałach żodnego mandatu, to za uszporowane piniondze kupiłach sie torybka.

Prezes przijmuje do roboty sekretarka:

– Wiela pani łostatnio zarobiała?

– 4 tysionce.

– Jo z przyjemnościom dołbym pani 5.

– Z przyjemnościom to miałach 7.

Gustlik pyto w księgarni:

– Kaj mocie książki o samopomocy?

– Jak wom powiem to bydzie bez sensu.

Dwie przyjaciółki:

– Mom cudownego chopa. Nie pije, nie poli, nie bije mie, nie zdradzo i nie oglądo sportu.

– Downo go sparaliżowało?

Lekarz dzwoni do pacjenta:

– Mom dwie wiadomości. Dobro: mocie dwadziścia cztyry godziny życio.

– To mo być dobro?! A zło?

– Miołech dzwonić wczoraj.

Pijany Ginter wraco w środku nocy. Wito go wściekło żona.

On na to:

– To jo cię po wszystkich barach szukom, a ty w doma siedzisz?!

Trzy pijane baby wlazły po ćmoku  na cmyntorz za potrzebom. Widzioł to kopidoł i postanowioł je wystraszyć. Wyskoczoł nogle zza nagrobka. Baby wystraszone zaczoły gibko uciekać. Następnego dnia spotykajom sie ich chopy i jeden godo:
– Wiycie co? Chyba moja staro mnie zdrodzo?
– Czymu? Pyto drugi.
– Bo wrociła do dom bez majtek.
– To nic! Moja wrociła bez majtek cało w kwiotkach!
E tam, godo trzeci.
– Moja to wróciła bez majtek, cało w kwiotkach i ze wstonżkom „Nigdy Cię nie zapomnimy, chłopaki z Radomia”.

Jedno trzeba przyznać, żaden tekst nie jest w stanie oddać pełnej soczystości śląskiej gwary, jedynej w swoim rodzaju intonacji, melodii. Nic, tylko należałoby się zgodzić z radą starego Ślązaka: Coby godka ślonsko przetrwała, je tako recepta: trzeba godać, godać i jeszcze roz godać.

I na koniec dowcip lingwistyczny. Może i wahałbym się bardziej, czy go zamieścić, gdyby nie „rozgrzeszenie” profesora Adama Idziaka z Uniwersytetu Śląskiego, znanego popularyzatora gwary. To jego ulubiony.

Trzech kamratów, Ludwik, Gwidon i Hugon postanowioło pojechać do Francyji na zarobek.

Ludwik pado:

– Oni te nasze miana nie poradzom tak godać. My se muszymy jakosik je zmiynić. Jo sie byda nazywoł Lui.

Gwidon pado:

– Jo sie byda nazywoł Gui.

Hugo:

– Jo nie jada.

(Na fotografiach – Lipiny, dzielnica Świętochłowic. Tu wszyscy godajom)




TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

REZERWAT SEGIET. TAKI SPACER DOPIERO ZA ROK
07.11.2019
ŻABIE DOŁY. NA PEWNO NA ŚLĄSKU?
24.10.2019
NIEBOCZOWY – NAJNOWOCZEŚNIEJSZA WIEŚ W POLSCE. ZAZDROŚCIĆ?
03.10.2019
„Wihajster do godki. Lekcje śląskiego” Barbary Szmatloch
25.07.2019
PARK TRADYCJI W SIEMIANOWICACH ŚLĄSKICH. PERŁA NA UGORZE
06.11.2018
zameczek w Michałkowicach
„ZAMECZEK” W MICHAŁKOWICACH. CZYLI GDZIE?
25.09.2018
HUMOR ŚLĄSKI. NIEPODOBNY DO INNYCH
30.12.2017
„ZACZĘŁO SIĘ OD ZIARNA”. WIĘCEJ NIŻ TYLKO NAZWA WYSTAWY
11.10.2017
TYKNIJ TUKEJ. GWARA ŚLĄSKA W NATARCIU
04.10.2017