„SŁODKI KONIEC DNIA”. GORZKI KONIEC EUROPY? (RECENZJA FILMU)


Może i kwestia nie pierwszoplanowa, ale trudno zjawiska nie zauważyć. W końcu kino jest obrazem. Otóż wielbiciele toskańskich pejzaży będą wniebowzięci i zobaczą ten film pewnie raz jeszcze. Zmysłowe ujęcia, choć cieszą oko, nie do końca współtworzą sielankową atmosferę. Przeciwnie, stoją w ostrej kontrze do przedstawionych postaci. Chocholi taniec z noblowskim medalem na zakrapianej imprezie dobrze ilustruje otumanienie ludzi, którzy dawno zatracili (jeśli kiedykolwiek je posiadali) trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość. W zamian, normą staje się naginanie jej do kanonu politycznej poprawności.

Ulokowane na wysokim wzgórzu miasto Volterra, położone pięćdziesiąt kilometrów od Pizy. Jedno z najpiękniejszych w Toskanii. Tu toczy się akcja filmu Jacka Borcucha „Słodki koniec dnia”. Mieszkająca w malowniczym domu na wzgórzu polska laureatka Nagrody Nobla, Maria Linde (Krystyna Janda) – szanowany autorytet moralny, prowadzi otwarty, przyjazny dom dla licznych gości, zwłaszcza liberalnych artystów. Mieszka z mężem (Antonio Catania), córką Anną (Kasia Smutniak). Ma też młodego kochanka, Egipcjanina Nazeera (Lorenzo de Moor).

Fot. materiały prasowe/NextFilm

 

Dolce vita w polsko-włoskim wydaniu. Przejażdżki sportowym Porsche wąskimi toskańskimi drogami, zabawy z dokazującymi wnukami, świeże owoce morza, dużo wina, swobodne przyjęcia, nieśmiertelny głos Franka Sinatry, piękno krajobrazu na wyciągnięcie ręki. Wydaje się, że Maria będzie do późnej starości prowadzić beztroskie życie liczącej tantiemy celebrytki.

Sielanka jednak gwałtownie się kończy. Z Rzymu nadchodzi szokująca wiadomość o krwawym zamachu terrorystycznym na Campo di Fiori. Mieszkańców Volterry ogarnia lęk. Na jaw wychodzą skrzętnie dotąd skrywane, a żywe obawy przed konsekwencjami przyjmowania nieobliczalnych emigrantów. Każdy napotkany staje się potencjalnym zamachowcem. Od tego momentu autorzy scenariusza – Jacek Borcuch i Szczepan Twardoch zadbali, by nic nie było oczywiste.

Oto wszyscy oczekują, ba, są tego pewni, że podczas uroczystości nadania polskiej poetce tytułu honorowego obywatela miasta, wygłosi ona standardową, pełną grzecznościowej kurtuazji mowę. I że szaleńczy atak zamachowca nie będzie miał wpływu na treść. Ale ta dotąd spokojna i ciesząca się sympatią mieszkanka, pod wpływem tłumionych od dawna emocji, oskarża przytakujące sobie elity, a pośrednio Europę, o hipokryzję, dwulicowość i konformizm. Europę, która nie ma i nie chce mieć pomysłu, co dalej  z sobą począć. Wszystko w imię wygody i fałszywie pojmowanej tolerancji, wyrzekającej się – bez żalu i głębszej refleksji – dziedzictwa minionych pokoleń. Także w imię nastawionego na konsumpcjonizm egoizmu zamienionego na brzmiący o ileż bardziej wyrafinowanie „indywidualizm”.

A przecież oficjalnie wszystko jest w najlepszym porządku. Oderwana od życia socjeta o każdej porze dnia i nocy uspokoi, że nie dzieje się nic złego. Jakże wręcz prostackie staje się w tej sytuacji wyrażanie obaw polskiej noblistki przed przyszłością, troska o wspólny dom, który w końcu runie, bo fundamenty chwieją się w posadach. Właśnie ów daleki od poprawności lęk powoduje, że Maria w jednej z końcowych scen mówi o strachu przed nieznanym, który jest tak silnym uczuciem, że ludzie, aby go oddalić, są w stanie zrezygnować z rzeczy ważnych. Nawet wolności.

Gwałtowny protest, przerywający stan zbiorowej hipnozy, buntownicze wypowiedzenie przez Marię posłuszeństwa ustalonemu porządkowi i zniewoleniu, w tych czasach nie przechodzi bez echa i musi nieść konsekwencje. Jak bardzo upokarzające, jak dotkliwą cenę płaci się za bezkompromisowość i „małe” prywatne bohaterstwo, pokazują ostatnie, sugestywne sceny, które – moim zdaniem – zabrzmiałyby mocniej bez pretensjonalnego wiersza.

Warto z wielu powodów „Słodki koniec dnia” zobaczyć. To kameralny, stonowany, na pozór lekki i uwodzicielsko niepokojący film, choć z żalem dodam – z przekazem zbyt nachalnie ideologicznym. 

Warto by odpowiedzieć na padające w nim wyjątkowo aktualne, choć nienowe pytanie: czy klatka chroni nas przed światem, czy świat przed nami.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

TEŻ JESTEŚ ZAŻENOWANY, CZYTAJĄC BIOGRAFIE?
08.08.2019
AMOR TOWLES „DŻENTELMEN W MOSKWIE”. PRZECZYTAM PONOWNIE?
07.03.2019
KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)
06.10.2016