ŚREDNIOWIECZE ALBO O ŻYCIU I BARDZIEJ O ŚMIERCI


Obchodzisz w tym roku czterdzieste urodziny? No to osiągnąłeś pełnię wieku dojrzałego w dzisiejszych czasach. Specjalnie się nie ciesz. Średniowiecze, traktowane nadal przez wielu z poczuciem wyższości, nie było zasadniczo odmienne. Dante określa ów „doskonały stan” na trzydzieści pięć lat. W zasadzie to jednak chyba masz się z czego cieszyć. Bo wyobraź sobie, właśnie na tak marnym poziomie określana jest jednocześnie średnia długość życia w tamtych czasach. A ty jesteś dopiero na życiowym, statystycznym półmetku. I to jakim? „Wszystkie pożyteczne cechy, które młodość i starość posiada rozdzielone, dojrzałość łączy w sobie razem /…/” pisał Arystoteles.

Jeśli dojrzałość ma łączyć to dlaczego miałoby wtedy i teraz zabraknąć miejsca na późne porywy serca. Warto jednak zachować w pamięci i wyciągnąć wnioski z pewnej dawnej historii, jeszcze z pierwszej połowy XII wieku. Otóż, autentyczności korespondencji  osiemnastoletniej Heloizy i Abelarda, czterdziestoletniego mężczyzny oraz ich głębokiej namiętności nikt dziś nie zamierza podważać. Wyznania małżonków, którzy potajemnie zawarli ślub, obecnie czytane, mają w sobie nadal wielką moc, ale ich związek na zawsze już pozostanie symbolem nieszczęśliwej miłości. Oboje, zmuszeni do rozstania, resztę życia spędzili odosobnieni w klasztorach. Nie zapominajmy też, że Abelard wskutek intryg za swoje uniesienia zapłacił cenę przerażającą. Z zemsty został wykastrowany. I w tym nieszczęsnym stanie doczekał starości.

Ta nadeszła rychło, jak zdaje się każda, co chętnie potwierdzają niemal wszyscy sędziwi. Średniowiecze ludźmi starymi określało osoby mające około czterdzieści pięć lat. Królowie Francji bardzo rzadko umierali wtedy mając ich ponad pięćdziesiąt. Dlatego ludzie, którzy dożywali wieku późnego cieszyli się wyjątkowym autorytetem. Najczęściej byli to mnisi, którzy z racji wykształcenia prowadzili zdrowszy tryb życia i lepiej się odżywiali. No i posiadali jeden nieprzeciętny atrybut. Przy braku archiwów ich siłą była znakomita pamięć. Co ciekawe, dobrej opinii raczej nie miały wtedy stare kobiety. W tekstach źródłowych często pojawia się termin „vetula” (mała starucha), jak nazywano osoby złe.

Mnisi zawyżali średnią wieku, bo częściej niż innym udawało im się uciec siejącym spustoszenie epidemiom, zwłaszcza dżumie. Trudno nawet sobie dziś wyobrazić następstwa jej przejścia przez kontynent w połowie XIV wieku. „Czarna zaraza” zabrała w kilka lat jedną czwartą ludności. Przy tej okazji warto tu wspomnieć o pierwszym odnotowanym użyciu broni bakteriologicznej. Oblegający kolonię genueńską w Kaffie nad Morzem Czarnym Mongołowie za pomocą wyrzutni przerzucali za mury zwłoki zarażonych zmarłych. Oczywiście, po pewnym czasie bez trudu opustoszałą twierdzę zdobyli. Niedobitki, którym udało się zbiec, rozniosły jednak bakterie po całej niemal Europie.

Dżuma wprowadziła nowy typ śmierci – nagły i bezwzględnie okrutny. Zmarłych było tak wielu, że zabroniono tradycyjnych pochówków. Trupy piętrzyły się na ulicach w stosach, z powodu braku grabarzy z opóźnieniem grzebane w bezimiennych dołach. Historycy piszą, że nie zdołamy nawet wyobrazić sobie atmosfery panicznego strachu, jaki ogarnął kontynent.

Medycyna ówczesna była bezradna. Rozwijała się wokół teorii czterech humorów (soków) Hipokratesa, a te nie dawały żadnych wskazówek na wypadek zarazy. „Ciało człowieka zawiera w sobie krew, flegmę, żółtą i czarną żółć. Choroba jest wtedy, gdy jeden z tych humorów, w ilości zbyt małej bądź zbyt dużej, oddziela się i wyosabnia; wówczas choruje nie tylko miejsce przezeń opuszczone, ale także nowe, w którym zaczyna się on zbierać i gromadzić. Wtedy w następstwie zbytniego nabrzmienia i zatkania owego miejsca, wywołuje on cierpienie i ból” pisał Polybios, zięć Hipokratesa. I tego trzymały się wydziały medyczne uniwersytetów. Dzisiaj mogą nas śmieszyć arbitralne stwierdzenia Izydora z Sewilli, lekarskiego autorytetu, który w VII wieku pisał, że „zdrowie to zachowanie ciała w całości tudzież właściwe zmieszanie natury ludzkiej, co się tyczy ciepła i wilgoci”, ale trudno na tej podstawie uważać średniowiecze za ciemne i zacofane. Niejedną głupotę wygłaszaną współcześnie w majestacie nauki dałoby się bez trudu zacytować.

Ciekawy jest w średniowieczu stosunek do cierpienia. Przed wiekiem XII ból był przede wszystkim sprawą kobiety, a prawdziwy mężczyzna nim pogardzał. Inaczej, w owych militarnych czasach, narażałby się na utratę ważnej cechy męskości. Pod koniec wieku XII dzieje się coś zaskakującego. Rozpoczyna się wręcz kult bólu. Dobrym przykładem jest święty Franciszek. Człowiek, który przez większość życia zmagał się z chorobą oczu i układu trawiennego traktował swoje ciało jako narzędzie grzechu i wroga, a choroby jak „siostry”. Dopiero nalegania brata Eliasza powodują, że korzysta on z rad lekarzy i unika umartwień fizycznych, higienicznych zaniedbań. Ciało staje się cenną wartością, a cele duchowe nie muszą już być osiągane poprzez zadawanie sobie cierpień.

Aby je minimalizować – w czasie leczenia ciężkich przypadków, a zwłaszcza operacji chirurgicznych – lekarze opracowali metodę anestezji. Była to „gąbka nasenna” nasączona wyciągiem z opium, sokiem z pospolitego i w Polsce chwastu – blekotu oraz konopi indyjskich. Sposób znieczulenia był mocno niedoskonały (nie wszyscy się budzili). Na prawdziwy przełom trzeba było czekać aż do wieku XIX. Diagnozy ustalano na podstawie badań pulsu i języka. Nowością było badanie moczu, a powszechnie praktykowano puszczanie krwi, jednego z humorów. Dość często stosowano w chirurgii trepanację czaszki, operacje przetoki, wyciąganie metalowych ciał obcych za pomocą magnesu (nie wiedzieć czemu, wcale częste wtedy przypadki), tamowanie krwi dzięki przypalaniu czy zaszywanie głębokich ran piersi. Na opiekę medyczną mogli liczyć wszyscy w całkiem nieźle rozwiniętej i dobrze zorganizowanej sieci szpitali. Radzono sobie w nich nawet z rozróżnieniem między naprawdę chorymi a symulantami, a także ubogimi naprawdę a udającymi takich. Lepiej sytuowani bowiem za opiekę musieli płacić, dla pozostałych była darmowa.

Współcześnie boimy się najbardziej ciężkiej, nieuleczalnej choroby i związanych z nią cierpień. W średniowieczu paniczny lęk ogarniał ludzi na myśl o nagłej śmierci. Czyli pojawienia się przed Bogiem bez przygotowania, w stanie grzechu śmiertelnego. Jak podkreślają mediewiści, perspektywa piekła dla grzeszników i raju dla prawych była cały czas w orbicie oceny własnego postępowania. Zdaje się nawet, że piekło bardziej przerażało niż niebo zachwycało. Pisze francuski historyk: „piekło jawi się jako potęga zwierzęca, objawiająca pożerczą wrogość, którą akcentują zaostrzone kły, wykrzywiona grymasem szczęka i hipnotyczny wzrok. Wśród buzujących płomieni i splątanych węży uwijają się diabły o ciałach zwierzęcych i potwornych, ze swymi hakami i orężem. Wśród potępieńców, stłoczonych chaotycznie bądź gotowanych w garze, rozpoznajemy często po nakryciach głowy królów i biskupów (są oni również w raju!), a także skąpca ze swym mieszkiem u szyi oraz rozpustnicę, której piersi i srom kąsają węże i ropuchy”.

Ciało zmarłego należało po śmierci umyć. Średniowiecze nie przepadało za balsamowaniem. Bogatych pięknie ubierano, dla najbiedniejszych przeznaczano płótno. Ciało nigdy nie było nagie. Kremacji, oprócz skazanych na stos, nikt nie praktykował. Uważano ją za relikt epoki przedchrześcijańskiej.  Zmarłego składało się więc do grobu, w którym jeszcze w wieku XI umieszczano drobne przedmioty użytku codziennego, pieniądze, broń (na wszelki wypadek!). Stopniowo te praktyki zanikały. Zdano sobie sprawę, że przed Sędzią i tak każdy staje ogołocony z wszelkich ziemskich dóbr.

Dbano, jeśli tylko nie trwała zaraza, o jedno. Nikt nie miał wątpliwości, że nawet zmarły, który za życia był człowiekiem ubogim, w pełni zasługuje na uroczysty, pogrzebowy orszak. Odprowadza się go przecież do Boga.

Podstawowe źródła:

Jacques Le Goff, Nicolas Troung, Historia ciała w średniowieczu, Warszawa 2006

Robert Fossier, Ludzie średniowiecza, Kraków 2009

Jacques Le Goff, Długie średniowiecze, Warszawa 2004

Na temat średniowiecza, mojej ulubionej epoki, pisałem również tutaj.

Fotografia przedstawia Rotundę św. Mikołaja z XI wieku w Cieszynie.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

JAK SIĘ ŻYŁO W ŚREDNIOWIECZNYM MIEŚCIE?
10.03.2018
TOMASZ GAŁUSZKA OP „INKWIZYTOR TEŻ CZŁOWIEK” (RECENZJA)
04.01.2017
ZAMEK MIRÓW. BĘDZIE NOWY? JAK NOWY?
17.10.2016
TYNIEC – RADOŚĆ ŚREDNIOWIECZA (I)
15.10.2015
Zamek w Będzinie
MIASTO KRÓLEWSKIE BĘDZIN
16.08.2015
Średniowieczne mury obronne w Olkuszu
DLACZEGO TĘSKNIĘ ZA ŚREDNIOWIECZEM
28.07.2015