STARE AUTA ELEKTRYZUJĄ, CHOĆ NIE ELEKTRYCZNE


Druga część i kolejna porcja samochodowego powabu w wersji, która wybrzydzającego malkontenta nie pozostawi obojętnym. Najmłodszy z prezentowanych samochodów ma „zaledwie” 79 lat, a najstarszy 104. Coś je łączy? Niepospolite i rzadko spotykane współcześnie, bo tylko wśród aut z najwyższej półki, piękno linii, najdrobniejszego detalu. To jeżdżące – choć ze względu na wartość muzealną w większości na lawecie – dzieła sztuki. Tak jak muzyki trzeba słuchać, a nie opowiadać o niej, tak stare auta należy oglądać, a nie ułomnym słowem je opisywać. Bez ociągania zapraszam więc na wystawę.

OPEL 1.2

Znajoma sylwetka? Gdzieś już go widziałeś? Masz rację. Właśnie ten egzemplarz z 1931 roku, sprowadzony z Berlina w połowie lat siedemdziesiątych, występował w filmie Juliusza Machulskiego „Vabank”. Gabaryty i moc silnika na nikim nie zrobią dziś wrażenia; auto ma zaledwie 3,2 metra długości, a w silniku tylko 22 konie mechaniczne, stąd 80 km/godz to kres możliwości. Jednak na żywo Opel prezentuje się dostojnie i elegancko.

opel 1.2

opel 1.2

opel 1.2

Spotkanie go na drodze graniczy z cudem. Nie dość, że produkowany zaledwie cztery lata, to wersja dwudrzwiowa jest bardzo rzadka. Pooglądaj ten samochód. Nawet, jeśli nie nazywasz się Kwinto i nie jesteś kasiarzem.

NASH 126

nash 126

Jeśli napisałem, że Opel wygląda elegancko to jakim przymiotnikiem określić amerykańskiego Nasha. Większość pewnie widzi tę nazwę pierwszy raz w życiu, choć oznaczenie liczbowe budzi swojskie skojarzenia. Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, że firma działająca zaledwie czterdzieści lat razem z kilkoma innymi zmotoryzowała Amerykę.

Stare auta są piękne. Ale to – przepiękne. Spokojna, konserwatywna sylwetka budzi zaufanie, zwężająca się maska przypomina nieco samochody sportowe tamtych lat. Wszystko w myśl idei firmy: „Dawaj klientowi więcej niż to, za co zapłacił”.

Nie trzeba być koneserem, żeby myśleć z rozrzewnieniem o Nashu. Chciałoby się oglądać na drogach podobnie popularne modele przeznaczone dla „szerokich mas”. Ustawiam się pierwszy w kolejce.

BUICK B 25

Najstarszy samochód z prezentowanych w obu częściach. Rocznik 1914. Musiałem tę informację zamknąć w osobnym zdaniu, bo to tak jakby pokazywać żywego dinozaura. Buicki nigdy nie były tanie; do dziś, obok Cadillaca, są marką premium i symbolem statusu. Dość powiedzieć, że cena nowego egzemplarza z fotografii wynosiła 1050 dolarów, a masowo produkowany Ford T kosztował tylko 440.

Pokazywany model był wyposażony w nowinki techniczne, na które inne auta musiały jeszcze poczekać. Zastosowano elektryczny rozrusznik, lampy o silnym snopie światła, nietypowe zawieszenie.

Nawet jeśli detale nie zachwycają tak bardzo jak w innych pokazywanych egzemplarzach to przypominam, że auto obchodziło właśnie sto czwarte urodziny.

AERO 30

Za czeskimi Skodami nie przepadam. Aero mnie zachwyca. Tak, to również czeska marka. Model, który pokazuję jest uznawany przez znawców za jedno z najpiękniejszych aut produkowanych przed wojną na świecie. Nie bez powodu mówi się o nim „czeski Jaguar”. Okazuje się, że nie tylko w Europie Zachodniej i Ameryce produkowano wyjątkowej urody pojazdy.

W czechosłowackiej socjalistycznej rzeczywistości takie „fanaberie” nie mogły mieć miejsca. W 1947 roku zakłady zamknięto.

Specjalnością firmy były samochody luksusowe, ale dynamicznie narysowane i o rzadkich typach nadwozi. Dominowały więc kabriolety, roadstery i coupé. Aero 30 jest jednym z trzech tysięcy sztuk wyprodukowanych do wojny. Pod wydłużoną maską nie znajdziemy V6, tylko silnik o pojemności jednego litra i mocy dwudziestu sześciu koni mechanicznych. Nic dziwnego, że samochód osiągał mało sportowe 105 km/godz. Tak eleganckim pojazdem przekroczenie pięćdziesiątki nie miałoby zresztą sensu.

Zadawać szyku czeskim samochodem i przyciągać wzrok na bulwarze La Croisette w Cannes? Brzmi absurdalnie. No, chyba że poruszamy się Aero.

MERCEDES-BENZ 170 V

Niektórzy uważają, że Mercedes nie powinien podejmować decyzji o produkowaniu Serii A i B, ponieważ prawdziwe Mercedesy, te prestiżowe, zaczynają się od Serii C. Być może. Jedno jest pewne, Mercedes niezmiennie, od dziesiątków lat jest synonimem luksusu i jakości.

Spójrzmy na prezentowany model z 1937 roku, niemal z początków produkcji. Trudno, nawet laikowi motoryzacyjnemu, pomylić go z inną marką. Dystyngowana sylwetka z wielką, rozpoznawalną atrapą chłodnicy i towarzysząca od początku słynna gwiazda. Do wybuchu wojny właśnie ten samochód wyprodukowano w największej ilości sztuk. Był to model tak udany, że ostatni egzemplarz zjechał z taśmy dopiero w 1955 roku.

Przed wojną Mercedes-Benz 170 V był zaliczany, ze swoją długością czterech metrów dwudziestu centymetrów, do samochodów dużych. Teraz byłby zaledwie „średniakiem”. Kiedy jednak stałem obok, wrażenie dostojeństwa sprawiało, że auto wydawało się sporo okazalsze.

A pod maską silnik o całkiem przyzwoitej pojemności 1,7 litra, który rozpędzał samochód do 110 km/godz. To jeden z najszybszych prezentowanych w obu relacjach samochodów.

Dziesięć modeli. Dziesięć różnych filozofii myślenia w samych początkach masowej motoryzacji. Stare auta są jak utwory literackie pisane przez dawnych pisarzy. Jeśli oparły się najbardziej bezlitosnemu krytykowi, jakim jest czas, nic im już nie odbierze miejsca w historii.

auta retro

A w związku z fotografią archiwalną, proponuję przeczytać ostatni akapit pierwszej części. Ten o całowaniu. Kogo? Czego?

Zobacz więc:

Auta retro. I dlatego tak olśniewają



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

BEZ GWIAZDY NIE MA JAZDY? PEWNE, ŻE STARY MERCEDES JEST PIĘKNY
13.11.2018
MOTOCYKLE. NIE JEŻDŻĘ, A UWIELBIAM
12.06.2018
VINCENT CURCIO „HENRY FORD” (RECENZJA)
05.11.2017
AUTA RETRO. I DLATEGO TAK OLŚNIEWAJĄ
16.06.2017
Wnętrze samochodu
CZY AUTO MOŻE BYĆ GRATEM
18.07.2015