STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD


Pojechał do Azji dwunastoletnią terenówką, czyli tytułowym osiołkiem. A co przeżył i nad czym się zadumał to opisał w powieści. Cały Stasiuk, można powiedzieć. W swoim pisarstwie od samego początku pięknie monotematyczny. Tradycyjnemu już wyznaniu miłości do podróży z dala od światowych centrów, a jak najbliżej szarzyzny prowincji, towarzyszy tym razem jeszcze wyznanie miłości do samochodu. Nie do dzisiejszych jednorazówek, ale pachnącego smarem i benzyną, narowistego i do okiełznania męską jedynie siłą. Co z tej kombinacji wynika dla czytającego?

Najpierw zdziwienie, że można pisać kolejną powieść na podobny temat i nie nudzić. Fenomen Stasiuka polega na tym, że potrafi zajmująco opowiadać o świecie, w którym dominuje bezruch, czas zastyga, nazwy miejscowości zlewają się  w jakąś niedefiniowalną formę, a sednem staje się poznawanie własnych emocji, zaciekawienie, „jakie myśli przychodzą, gdy nic się nie dzieje”. Tysiące kilometrów po bezkresach Azji, aby lepiej poznać siebie – to niezła motywacja.

„Ech, obfitość wnętrza tych ziem, myślałem sobie już za Timem. I skromność jej powierzchni, dodawałem zaraz. Im dalej na wschód, tym głębsze melancho. Ledwo ludzkim przyprószone. Zwyczajnie nie dało się grubiej. Nie było czasu. (…) I nie mieli dość rzeczy, by pokryć nimi bezkres. A może taki bezmiar wydziela tyle czasu, że trudno nad nim zapanować.”

Autor na wyprawę do Azji Środkowej wybrał się swoim SUV-em. Starym autem, z nabitymi trzystu tysiącami kilometrów na liczniku. Jazda po nie kończących się przestrzeniach byłych republik radzieckich z ciągłym wypatrywaniem niepokojących odgłosów w samochodowej maszynerii, skłania pisarza do wspomnień o pierwszych jazdach samochodem, o pierwszym swoim samochodzie i o życiu w cieniu żerańskiej FSO, a także do  refleksji bardzo bliskich wielu kierowcom jeżdżącym niegdyś lub dziś samochodami bez elektroniki i bez wyręczających kierowcę wynalazków. Jak sam powiada, tworzy „elegię na odejście silnika spalinowego”.

„Bo przecież jak jedziesz i w aucie coś jest nie tak, zgrzyt, skrzyp, pisk, rzegot, to się to czuje w brzuchu, w organach, jakbyś miał na żywca operację, biopsję jakąś, jakbyś żyletkę połknął, a ona potem próbowała znaleźć sobie wyjście. (…) Cała ta mechanika: ścinanie, rozciąganie, zginanie, stawała przed oczami niczym techniczna apokalipsa, jak sąd ostateczny automobilizmu, a ty biedny grzesznik, przypominałeś sobie wszystkie winy: niedosmarowane, niedokręcone, niekonserwowane, skorodowane, przeżarte, niedopasowane, a nade wszystko stare i nie do naprawienia. A to dopiero metal. Gdzie guma, plastik, tekstolit? Gdzie elektryka, uszczelki, oringi, simeringi, zaworki w pompie paliwowej, paski klinowe, gdzie płyny? Nasłuchiwało się tego wszystkiego i pociągało nosem, szukając podejrzanych woni.”

Stasiuk nie jest reporterem. Czytelnik oczekujący wartkiej akcji, barwnych opisów będzie rozczarowany. Zależy mu o wiele bardziej na oddaniu atmosfery. Za to cenię go szczególnie. Za ten rodzaj egzystencjalnego namysłu i lekkiego smutku. Monotonna jazda „osiołkiem” w nieciekawym, jednostajnym krajobrazie przez setki kilometrów wprowadza nudę. Pisarzowi wystarcza drobiazg – kępa traw, budka w oddali, kształt chmury, a od razu wkrada się rodzaj metafizyki połączony ze szczerą dosadnością. Wyrafinowana metafora miesza się z wulgaryzmem. A to, co pozostaje jest i tak dzięki temu pisarstwu nieodgadnione i tajemnicze.

„Przyjemnie było jeść ciastko bez smaku, pić mocną kawę i patrzeć przez szybę na niebo w kolorze tysiącrublówki i na zielsko po horyzont. Wchodzili faceci w utytłanych kombinezonach i zagadywali kasjerkę. Stare kamazy pomrukiwały na wolnych obrotach. Było jak w dziwnej Ameryce. Jak u przybrudzonego Hoppera.”

Podróż do Rosji jest dla Stasiuka podróżą do przestrzeni. Do czarnej dziury, w której można zniknąć bez śladu. Do molocha rzucającego złowieszczy cień na Polskę. Do monstrum, przy narodzinach którego nikt nie protestował.

„Właściwie nie można się było oprzeć wrażeniu, że od siedmiuset lat pełzną i się rozprzestrzeniają. Z plamki Księstwa Moskiewskiego wielka płachta się zrobiła. Jakby się coś po cichu wylało i ani się obejrzysz, już skapywało z krawędzi kontynentu. Nikt nie zauważył i larum nie podniósł.”

Tęsknota, przemijanie, przeszłość – o tym powieść „Osiołkiem”. Powrót do tego, co proste, zrozumiałe i zwyczajne – o tych marzeniach. I o ważnej prawdzie. Ni stąd ni zowąd żegna czytelnika nie Tadżykistan, gdzie autor założył, że dojedzie, ale południowy Kazachstan, po przejechaniu czterech i pół tysiąca kilometrów od rodzinnego Wołowca.

Urwana niespodziewanie opowieść przywołuje więc prawdę, że w życiu droga jest celem. Dobrze o tym przypominać. Choćby z melancholią w tle.

Zobacz też:

Andrzej Stasiuk, Wschód

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
TWARDOCH, BALLADA O PEWNEJ PANIENCE (RECENZJA)
09.12.2017
ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)
06.10.2016
JACEK DEHNEL „KRIVOKLAT” (RECENZJA)
09.08.2016
ZBIGNIEW BIAŁAS „TAL” (RECENZJA)
13.06.2016
CHUTNIK „W KRAINIE CZARÓW”. NIE TAKA CHUTNIK…
17.02.2016