STEFKA I POZOSTALI ŚWIĘCI


Głupawe żarty musiały ją boleć. Urwały się raz na zawsze w pogodny zimowy poranek dwudziestego ósmego stycznia, przed samymi feriami. Wszyscy już wiedzieli, że poprzedniego popołudnia pijany kierowca bagażówki nie wyhamował u wylotu ulicy, wjechał na chodnik i wbił Stefkę w betonowy mur. Oglądam zdjęcia z dzieciństwa. Na każdej z trzech fotografii klasowych Stefka przybierała tę samą, identyczną pozę. Chuda, na patyczkowatych nogach, stała z wysoko uniesionym podbródkiem, ze wzrokiem umieszczonym ponad aparatem i z lewą stopą ustawioną poprzecznie do prawej. Przypominała rozkojarzoną baletnicę. Nic dziwnego, że kiedy mieliśmy już odbitki, sypały się złośliwości. Nie trwały jednak długo, w tym wieku każda godzina przynosi nowe atrakcje. Gorzej z imieniem, które było, niestety dla Stefki, całoroczne i kojarzyło się nam – pożal się Boże, miastowym – z prowincją, ale za to dobrze się rymowało. Nie mając pojęcia, już w czwartej klasie czerpaliśmy pełnymi garściami z doświadczeń poetyckich księdza Baki. Pamiętam, że sprawiała wrażenie jakby się tym wszystkim zupełnie nie przejmowała. Zawsze trochę na uboczu, milcząca, nieobecna, w swoim świecie.

Była, po mojej babci, drugą zmarłą osobą, jaką w swoim dziesięcioletnim życiu widziałem.  Leżała w trumnie blada, jeszcze chudsza, ze stopami ułożonymi na wprost, co nie uszło naszej uwadze. Czułem wyjątkową niestosowność całej sytuacji. No jak to, przecież Stefka tylko głęboko zasnęła. A my stłoczeni, bezczelnie wpatrujemy się, jak śpi ubrana w pierwszokomunijny strój, z głową ułożoną na atłasowej poduszce. Spoglądałem na stojących wokół. Dlaczego nikt nie wykonuje żadnego gestu? Przecież wystarczy podejść i lekko potrząsnąć jej ramieniem. Po chwili obudzi się zaskoczona tym, co wokół. Jakkolwiek zabrzmi to idiotycznie, fakt, że nic nie zrobiłem, do dziś uważam za objaw wyjątkowego tchórzostwa.

Życie potoczyło się dalej. Nie żebym o Stefce zapomniał. Raczej zbyt rzadko sobie o niej przypominałem. Od jakiegoś czasu sama zaczęła jednak chodzić za mną w czapce niewidce i zaczepiać mnie wspomnieniami z pierwszych klas podstawówki. Postanowiłem odnaleźć jej grób. Na cmentarzu wzdłuż i wszerz obszedłem kwaterę dziecięcą. Wiele razy. Nie dawałem za wygraną. Może po latach grób jest zarośnięty, może bez tabliczki. Mogłem zapytać, gdzie leży Stefka, ale chciałem ją odnaleźć sam. Nie zliczę wypraw i kluczenia ze wzrokiem wpatrzonym w nagrobki. Mijały miesiące z oczami na uwięzi.

Aż do pochmurnego październikowego poranka. Dwa tygodnie temu szedłem główną cmentarną aleją. Mijałem groby dziesiątki, setki razy oglądane. I nagle Stefka spojrzała na mnie. Z niezgrabnie retuszowanego medalionu patrzyła jak wtedy – poważna, skupiona i lekko marzycielska.

„Cześć, Stefka, wybacz, że Cię wtedy nie budziłem.”

W okolicach Dnia Zadusznego przypominam sobie wiersz jednego z moich ulubionych poetów, Józefa Barana. W tym roku bogatszy o wspomnienie szkolnej koleżanki.

Cmentarz

zamieszkaliście na wysepce

oblanej zewsząd milczeniem

oswojeni przez śmierć

głusi na nieustający tętent czasu

podobno o północy

na spróchniałej podłodze kostnicy

przysmażacie wiatr w tyglach czaszek

 

raz do roku

ubrani w niemodne stroje

oczekujecie kolejnych świeczek

kwiatów i kondolencji

bo przypływamy do was na żałobnych łodziach

pozostawiamy na brzegu skrzypiące wiosła pozy

rozbieramy się z masek

 

jest cicho toteż

daleko słychać

pękające szrapnele płaczu

 

to odbywają się z wami

nasze najszczersze

rozmowy

Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny przypominają prawdę o poczuciu bliskości, wspólnocie zmarłych oraz żyjących jeszcze na ziemi. Ma w tej tajemniczej, pięknej wspólnocie swoje ważne miejsce i Stefka. Moja prywatna święta z czwartej a.

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

CZY ZABIERAĆ DZIECI NA POGRZEB?
30.10.2018
DWA ZEGARY I ŚWIĘTO ZMARŁYCH
02.11.2015