SZYMBORSKA, KRAKÓW I SZUFLADA


Przekonałem się wiele razy, że obraz artysty, o którym już sporo wiem, z reguły nie zmienia się radykalnie pod wpływem kolejnej lektury albo jeszcze jednej wystawy, a raczej dopełnia o ważne drobiazgi. Daje poczucie większej bliskości. Ktoś taki staje się z czasem niemal dobrym znajomym z rozpoznanymi nawykami, słabostkami, drobnymi i większymi dziwactwami. Nie tyle strącają one z piedestału, co tworzą człowieka z krwi i kości, w którym wielkość miesza się z koniecznością stawienia czoła prozie życia. Dlaczego takie wnioski i Szymborska? Bo jak nikt inny spełnia ona te zasady.

W Kamienicy Szołayskich, przy Placu Szczepańskim w Krakowie, od kilku lat czynna jest wystawa „Szuflada Szymborskiej”. Choć nie jest to rekonstrukcja mieszkania, przypomina wnętrza urządzone w jej stylu. Czyli ocierającym się o uroczy surrealizm. Mamy na przykład w „Szufladzie” zaprojektowaną przez poetkę komodę, ważny dla niej mebel, w którym przechowywała fotografie. Można ją zobaczyć, ale zgodnie z poczuciem humoru bliskim Noblistce. Jest bowiem ukryta za drzwiami do mieszkania i ogląda się ją jedynie przez mały wizjer.

A mieszkanie Szymborskiej było, jak wiadomo z licznych relacji, jednym z tych miejsc do ciągłego odkrywania i nieustannych zaskoczeń. Wypełnione bardziej lub, co częstsze, mniej potrzebnymi przedmiotami, przypominało dziecięcy schowek na skarby. Albo zaczarowany strych. Była i wielka czerwona zapalniczka w kształcie łodzi podwodnej, i włochate prosię-pozytywka, i ptaszek częstujący papierosami, o żeliwnym trampku i pojemnikach na sól i pieprz w kształtach Schillera i Goethego nie wspominając.

Najczęściej są to rzeczy przypadkowe, które dostałam w prezencie, ja nic „porządnego” nigdy nie dostaję, bo tylko ktoś, kto mnie nie zna może mi podarować jakiś elegancki prezent.

Jedną z czynności, którym Szymborska oddawała się z prawdziwą pasją było przygotowywanie pocztówek w formie kolaży. Dlatego w jej mieszkaniu leżały stosy archiwalnych numerów czasopism i gazet – materiał do wycinania. Najgorętszym okresem był zbliżający się Nowy Rok. Przyjaciołom i znajomym wysyłała wtedy kilkadziesiąt wycinanek.

Kiedy wyklejam kartki czuję się „artystką”. To wcale nie jest takie łatwe. Kiedyś Adam Ważyk przysłał mi w odpowiedzi własną wyklejankę, ale się marszczyła, wybrzuszała i odklejała.

O pięknym związku Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza napisano już wiele. Dla kogoś, kto o nim czytał, fotografie ze wspólnych wyjazdów w latach siedemdziesiątych XX wieku stają się bezcennym dopełnieniem.

Tego Szymborska nigdy nie przeoczyła. Kierowcy, z którymi podróżowała wiedzieli, o co chodzi. Niezorientowani nie mieli na początku pojęcia, dlaczego nagle muszą się zatrzymywać. Chodziło o tablice z nazwami miejscowości. Im bardziej charakterystyczne i śmieszne, tym lepiej. Stąd różne Hultajki, Neandertale, Sodomy, Piekła i Nieba.

W toalecie poetki wisiała taka oto rączka do spłuczki ofiarowana przez wieloletniego sekretarza, Michała Rusinka,

a w pokoju gości witała Głowa wawelska autorstwa Ryszarda Hodura.

Prawdziwe skarby skrywały jednak szuflady Szymborskiej, jej zdaniem, wielkiego wynalazku człowieka.

Anna Bikont, Joanna Szczęsna „Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej”

Zawsze na tego typu wystawach albo w muzeach biograficznych bardzo mnie zaciekawia gromadzony księgozbiór. Kto inspirował wielkich twórców, jaki kanon lektur wybierali, jaka tematyka była im bliska. W przypadku Szymborskiej szczególnego zaskoczenia nie ma. Tytuły tworzą, tak bliski właścicielce biblioteczki, czuły galimatias. Obok „Liryk lozańskich” Mickiewicza „Meteorologia dla każdego”. Leszek Kołakowski sąsiaduje z „Wierszami w pytaniach i odpowiedziach dla gimnazjum”, a „Dzieciństwo zwierząt” stoi zgodnie obok wyboru Barańczaka. „Baśnie” Andersena, „Magia i wróżbiarstwo u Hetytów” na jednej półce? Dla poetki to naturalne pokrewieństwo.

Jedna z najbardziej niezwykłych sesji zdjęciowych miała miejsce w latach sześćdziesiątych w krakowskim ZOO. Jej bohaterkami były poetka i szympansica Cziczi.

Dyrektor zoo wypożyczył mi ją do zdjęć. Prowadziłam ją za rękę, ona tego nie lubiła, denerwowała się, a silna była w ramionach i brzuch miała twardy jak orzech kokosowy. Kiedy się ją usadziło na ławce, próbowałam ją objąć, a ona ugryzła mnie wtedy w rękę. Krzyknęłam, spojrzała na mnie i mówi, no może nie mówi, ale sięgnęła łapą, zerwała liście i zatkała mi nimi usta. Czy chciała, żebym nie krzyczała? Czy chciała mnie przeprosić?

„Szuflada Szymborskiej” to jedna z tych szczególnych wystaw, które powinni odwiedzić wszyscy. Również i ci, którzy na co dzień od poezji stronią. Jest duża szansa, że jeszcze tego samego dnia sięgną po wiersze autorki „Rozmowy z kamieniem”. A nawet jeśli nie, to i tak w pamięci każdego pozostanie wspomnienie osoby mądrej i przenikliwej, a jednocześnie przypominającej dziewczynkę naiwnie i cudownie zachwyconą światem. Taki dziwny kolaż w niepowtarzalnym stylu.

miniatury po kliknięciu powiększają się



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

ZBIGNIEW HERBERT. DWADZIEŚCIA LAT BEZ NIEGO/Z NIM
27.07.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
RUSINEK „NIC ZWYCZAJNEGO”. PRZEKONAŁEM SIĘ DO SZYMBORSKIEJ?
16.03.2017
„NAJLEPIEJ W ŻYCIU MA TWÓJ KOT. LISTY” WISŁAWA SZYMBORSKA, KORNEL FILIPOWICZ
26.02.2017