SZYNDZIELNIA (I NIE TYLKO) W JEDEN DZIEŃ


Najdłuższe dni w roku. Żal nie wykorzystać tych siedemnastu godzin i marnować szansę. Na przykład na odkrywanie uroków Polski. Dzisiaj proponuję niezwykle intensywną jednodniową eskapadę. Gwarantuję fizyczne wyczerpanie pod koniec, ale i tyle wrażeń, że będzie co wspominać w jesienne szarugi i zimowe zawieje, kiedy cały dzień zmieści się w marnych ośmiu godzinach. Wierzyć się nie chce, że to nastąpi. Zwłaszcza, jeśli wjeżdża się kolejką na Szyndzielnię w Beskidzie Śląskim i po drodze ogląda takie krajobrazy, jak na tytułowej fotografii. No i już wyprzedziłem misterny plan. Miało być przecież od początku, czyli od rana. Zjawiamy się wtedy w Bielsku – Białej i stajemy u podnóża góry. Nie, to jeszcze nie Szyndzielnia.

Żeby na nią dotrzeć, a możliwości wejścia z różnych stron jest bez liku, wybrałem Dębowiec (525 m n.p.m.). Plan dnia napięty, więc atrakcje parku linowego zostawiam sobie na inną okazję. A przy okazji, chętnie poznam śmiałka, który dał radę Trasie Extreme albo podniebnej huśtawce, nie bez powodu nazwanej Podniebnym Wahadłem.

Na szczyt można dotrzeć koleją linową albo po przejściu sześciuset metrów pieszo. W jednym i drugim przypadku gwarantowane te same krajobrazy.

Na początek wybieram drugi wariant. Sześćset metrów, niby niewiele, ale stromizna dość spora, więc na górze z ulgą witam niewielką gospodę,

a z podziwem patrzę na najładniej chyba położony plac zabaw w Polsce

i tereny do biwakowania.

Niedaleko mini schroniska ojcowie pallotyni zbudowali w 2013 roku drewnianą Kaplicę Matki Bożej Fatimskiej. Od wiosny do późnej jesieni w każdą niedzielę o godzinie 16 odprawiana jest tu msza święta.

Poniżej kościółka, na opadającej polanie, zbudowano całoroczny tor saneczkowy. Drogie dzieci, naoglądałem się reakcji zjeżdżających i w zaufaniu coś wam powiem. Nie wierzcie, że dorośli mają mniejszą frajdę niż wy i że ich marudzenie, czy wydać na jeszcze jeden bilet jest szczere. Wyraz twarzy mamy albo taty, którzy w saneczkach siedzą za wami nikogo nie okłamie. Z uśmiechem właśnie wracają – a może trafniej, zjeżdżają – do krainy swojego dzieciństwa.

Po dziesięciu minutach łatwego podejścia jestem przy stacji kolei linowej. Obok budynku, jeden z wagoników sprzed niedawnej wymiany taboru. Można go sobie kupić, powiesić w ogrodzie i pijąc w nim kawę wspominać beskidzkie szczyty.

Szyndzielnia w sześć minut? Możliwe i, choć bilet do najtańszych nie należy, koleją linową przejechać się trzeba. Zwłaszcza że dopiero co zakończona modernizacja objęła niemal wszystko. Trzydzieści dwie nowiutkie, żółte gondole, od podłogi przeszklone, zapewniają w czasie jazdy wrażenia z każdej oglądanej strony świata. Po lewej i prawej nie kończące się połacie lasu, zwłaszcza bukowego (dla czerwieni liści muszę tu wrócić jesienią), w dole rozległa panorama Bielska – Białej, a po przeciwnej stromizna góry i zbliżająca się powoli stacja górna.

To nadzwyczajny, ale tylko wstęp do widokowych zachwytów. Bowiem na górze, tuż obok kamiennego budynku starej stacji, postawiono osiemnastometrową wieżę widokową. Z platformy widać może nie kawał, ale na pewno niemały kawałek Polski – Górny Śląsk, Beskid Śląski i Żywiecki, a także Babią Górę, Pilsko i Tatry (do nich w linii prostej około stu kilometrów).

Przy okazji można się przekonać, że Bielsko – Biała to właściwie duży ogród położony w lesie.

Odpocząć można obok starej stacji, gdzie znajduje się bistro albo w innym miejscu, po przejściu kilkuset metrów kamienistą drogą. Wiadomo przecież, że Szyndzielnia kojarzona jest również ze schroniskiem, pierwszym w polskich Beskidach. Co prawda, urodą ono nie grzeszy – wybudowane jeszcze w XIX wieku jest masywne, ściany wymagają czyszczenia, ale i tak sentyment do tego miejsca – w każdym, kto lubi góry – pozostaje. Gdyby nie inne plany, mógłbym wybrać jeden z kilku dobrze oznakowanych szlaków. To również idealne miejsce na uprawianie turystyki rowerowej; co druga gondola kolei linowej wyposażona jest w uchwyt dla dwóch kółek.

Pora zjechać. Szyndzielnia z wysokością 1028 metrów n.p.m. pozostanie najwyższym punktem zdobytym tego dnia.

Chcę jeszcze zobaczyć kilka atrakcji “nizinnych”. Jedną z nich są dopiero co oddane do użytku Bulwary Straceńskie. Jeszcze niedawno nie było tu po co zachodzić. Dziś miejsce tętni życiem. Chętnie spędzają na nich czas nie tylko mieszkańcy Straconki, kiedyś wsi, obecnie dzielnicy Bielska – Białej. Pomyślano o atrakcjach naprawdę dla każdego i naprawdę bez względu na wiek. Zresztą, zobaczcie.

W centrum miasta znajduję bardziej nobliwe miejsce – chętnie odwiedzany Park Słowackiego. W weekendy niemal zawsze coś się tu dzieje, w pozostałe dni zapada kojąca cisza. Trudno uwierzyć, że do rynku stąd zaledwie kilka minut niespiesznego spaceru.

Jeszcze trudniej uwierzyć w Aleksandrowicach, że za płotem znajduje się lotnisko i jeden z najprężniejszych ośrodków szkolenia lotniczego w Polsce. Tuż obok, na ścieżkach mnóstwo rowerzystów, biegaczy i spacerowiczów, a w tym czasie z trawiastej murawy co chwila podrywają się niewielkie samoloty i przede wszystkim szybowce. Wszystko, razem z okalającymi teren beskidzkimi wzniesieniami, tworzy niezwykłą atmosferę radosnej aktywności.

Naprawdę uda się w jeden dzień? Od rana po słońce zniżające się do linii horyzontu dopiero po dwudziestej – możliwe. Mam jednak pomysł jeszcze ciekawszy. Lepiej przyjechać do Bielska -Białej na kilka dni.

A wtedy można wykorzystać pewien czteroczęściowy przewodnik po mieście. 

Cóż, zapraszam więc do pozostałych trzech części:

Bielsko – Biała. Ten szarm, ten wigor

W Bielsku – Białej żaba gra na mandolinie, Amor strzela w głowę

Bielsko – Biała. A kolor zielony?

(miniatury po kliknięciu powiększają się)

 

 


  • basetla

    Na park linowy się nie porywam, ale przejażdżka kolejką kusi.Widoki z góry jeszcze bardziej.

    • Chciałbym Szyndzielnię i okolice ponownie odwiedzić jesienią. Sprawdzenie, jak wygląda rywalizacja między soczystą zielenią późnej wiosny a feerią barw październikowych będzie ciekawe.