TAGI GRAFICIARZY TRAFIAJĄ DO MUZEÓW. NAPRAWDĘ


Potrafią doprowadzić do szewskiej pasji właścicieli kamienic, parkanów i osoby odpowiedzialne za estetykę pociągów. Mała szansa, by ci ludzie życzliwie przyjęli pomysł muzealników potraktowania, kojarzonych z dewastacją, podpisów graficiarzy jako dzieł sztuki. Muszą się jednak z tym pogodzić – tagi, bo tak nazywają się owe podpisy, zagościły już dawno na salonach. W Polsce akceptacja z wolna postępuje. O co w tym zamieszaniu chodzi?

Na początku była nowinka – flamastry wodoodporne, zwłaszcza te o grubości kilku centymetrów. Miejsce akcji – Nowy Jork. Czas – początek lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Rodziła się wtedy kultura hip-hop, w której trzy elementy: graffiti, muzyka rap i taniec breakdance, były nierozdzielne. Rozpoczął się, trwający do dziś, szał zapisywania swoich ksywek na wszystkim, co się dało (a dało i daje się na wszystkim). Wymyśloną wtedy nazwę nowego zjawiska: „single hitting” szybko przemianowano na prostszy „tagging”.

Tagi z reguły to jedna kreska o fantazyjnym, wygiętym kształcie. Im oryginalniej, tym lepiej (zdarza się, że tylko autor potrafi je odczytać), a jeszcze lepiej, jeśli umieszczone są w miejscach trudno dostępnych i niebezpiecznych (komisariat, budynek sądu, wierzchołek drapacza chmur, przęsło mostu). No i żeby ich było jak najwięcej. Oprócz grubych markerów stosuje się też farby w sprayu. Jest też „scratchowanie”, czyli składanie podpisu na szybie papierem ściernym. Tagi mogą być używane jako podpis samodzielny lub dla całego graffiti. Autor najczęściej zaznacza swoją obecność w pojedynkę, choć może również w imieniu crew – załogi graficiarzy, do której należy. Tyle podstawowe dane.

Do niedawna nie miałem pojęcia, jak bardzo i jak dawno, lekceważone przez większość zjawisko zauważyli badacze sztuki. Tagi, które w angielskim oznaczają „metkę” – przypisany produktowi znak firmujący go, prezentowane są w okazałych albumach. Pojawiło się do tej pory, zwłaszcza na rynku anglosaskim, mnóstwo publikacji na ten temat, a z autorami ulicznej kaligrafii przeprowadzane są wywiady dla szacownych magazynów.

Nic dziwnego, że pojawili się, niemal wyniesieni na ołtarze sztuki, wielcy w tej dziedzinie. Jak hagiograficzna legenda brzmi historia prekursora tagowania, Greka Demetriusa, który wybrał sobie tag TAKI 183. Jako kurier podróżował po całym Nowym Jorku, zwłaszcza metrem, i gdzie tylko mógł zostawiał graficzny ślad swojej obecności. W końcu podpisów było tyle, że zainteresowały „New York Times’a”, któremu udało się zidentyfikować Takiego i przeprowadzić z nim 21 lipca 1971 roku wywiad. Uważa się, że publikacja dała początek zjawisku, które można określić jako szaleństwo żywiołu tagowania na świecie i początek graffiti, w kształcie, jaki znamy dzisiaj.

Do Europy fenomen dotarł w latach osiemdziesiątych, a do nas razem z początkiem zmian ustrojowych. Coś było wcześniej? Tak, antykomunistyczne hasła w pośpiechu malowane za pomocą szablonów na murach i te oficjalne, na czerwonym tle, o przewodniej roli Partii i przyjaźni ze Związkiem Radzieckim.

O tym, że tagi są zjawiskiem okrzepłym i artystycznie zaakceptowanym, świadczy wystawa w Muzeum Śląskim w Katowicach. Obserwowałem reakcje nielicznych zwiedzających. Ujmując rzecz lapidarnie i bez cytatów – były skrajnie różne. Od wzruszenia ramion i wyjścia od razu, czasem poprzedzonego nie zawsze cenzuralną recenzją po żywe zaciekawienie nagromadzeniem w jednym miejscu tylu stylów i odmian podpisów.

Nie ma się co dziwić – tagi nie są tak „grzeczną” i obłaskawioną formą sztuki ulicznej, jaką stało się od niedawna graffiti. Kojarzone wciąż (i często słusznie) z subkulturą, a przede wszystkim z dewastacją przestrzeni publicznej. Ale to część prawdy, stąd przydaje się w opisie tego zjawiska termin „kontrowersyjność”, a ten zawsze może liczyć na zainteresowanie.

Zwróćmy większą uwagę na tagi. Zauważmy. Ich nagromadzenie w miastach prowadzi do tego, że zwyczajnie przestajemy je zauważać.

I dobrze, bo to bazgroły? Szkoda, bo w wielu z nich widać talent i autorski pomysł?

Sztuka czy nie sztuka? Oto jest pytanie.

 

miniatury po kliknięciu powiększają się



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

MUZYKA W SZTUCE. CZY DA SIĘ POKAZAĆ DŹWIĘK?
21.08.2018
PAWEŁ STELLER – ZAPOMNIANY GENIUSZ DRZEWORYTU
17.03.2018
PROWOKOWAĆ LOS. NA PRZYKŁADZIE BEKSIŃSKICH
05.02.2018
SPORT I SZTUKA. NIC NOWEGO, A JEDNAK
25.01.2018
DOM MEHOFFERA W KRAKOWIE. MODA TRWA
07.01.2018
NA SZCZĘŚCIE BYWAJĄ „NIEMIŁE” WYSTAWY
18.08.2017
PO CO W STARYM KRAKOWIE NOWY MOCAK
03.08.2017
ART BRUT. CO TO JEST I DLACZEGO W WERSJI WYTRAWNEJ
19.07.2017
DLACZEGO NIE OMIJAM MUZEÓW (NA RAZIE)
19.01.2017