TEŻ JESTEŚ ZAŻENOWANY, CZYTAJĄC BIOGRAFIE?


Bo ja często tak, a mimo to sięgam po kolejne. Co tu kryć, lubię przypatrywać się życiu znanych postaci, konfrontować własne wybory z ich wyborami. Czego nie lubię? Przekraczania cienkiej granicy, za którą pojawia się epatowanie intymnością, pikantnymi szczegółami, a w ślad za tym nieuchronność mojego zakłopotania. Dobrze wiem, że ludzka natura w żadnym stopniu nie jest cudownym monolitem. Przeciwnie, jej przyrodzoną cechą pozostaje „pęknięcie”, niejednoznaczność, labilność. I darmo, również wśród wielkich postaci, szukać od tej reguły wyjątków. Słowem, nie wszystko można, zwłaszcza po śmierci bohatera.

Powód, dla którego chętnie jednak sięgam po biografie jest dość prozaiczny – coraz trudniej w fikcji literackiej przychodzi mi znajdować rzeczy świeże, ożywcze, godne zaufania. Mówiąc inaczej, literatura non-fiction jest nieporównanie bardziej interesująca od tego, co aktualnie dzieje się w prozie. Czy w związku z tym nie wpadam w zastawioną przez siebie pułapkę i biografie traktuję jako odpowiednik literatury pięknej?

Trzeba przyznać, że dobrze napisana współczesna książka biograficzna w małym stopniu przypomina nudne kobyły ze szczegółowymi zapiskami, które jeszcze nie tak dawno zalegały półki. Ich wartość dokumentacyjna może i była spora, ale czytanie przypominało ślęczenie nad kroniką napisaną przez znudzonego urzędnika. Dziś podobne teksty najczęściej są pełne życia, emocji, wibracji i poparte z reguły wiedzą psychologiczną. Ta ostatnia w detektywistycznym śledztwie prowadzonym na temat bohatera i potrzebie zrozumienia jego motywacji jest nieodzowna, choć niekiedy wiedzie na manowce.

Pamiętam dobrze uczucie skrępowania, jakie towarzyszyło mi podczas lektury książki Anny Król „Rzeczy, Iwaszkiewicz intymnie”. Zastanawiałem się nad odwagą autorki, a bardziej nad prawdopodobnym przekroczeniem przez nią granicy intymności, gdy decydowała się otwarcie opowiadać o miłości 60-letniego pisarza do kochanka, Jerzego Błeszyńskiego. Czy publikacja intymnych listów nie była zbyt poważną ingerencją w ich życie? Co prawda, w jednym z wywiadów Król mówi: „Od kiedy zaczęłam czytać te listy, nie mogły mi wyjść z głowy, byłam rozemocjonowana. Nie dlatego, że były tam „pikantne” fragmenty, ale z powodu świadomości, jaka to wielka literatura”. Nie każdego ten rodzaj wytłumaczenia przekona. Z drugiej strony, czy da się pisać o Iwaszkiewiczu-człowieku, pomijając jego homoseksualne skłonności?

Podobnego rodzaju rozterki przeżywałem, czytając książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”. Na przykład, gdy pisarka zdecydowała się opisać nerwicowe biegunki, na jakie cierpiał Zdzisław Beksiński. Czy to naprawdę na tyle istotne, by informować świat? Okazuje się, że tak, ponieważ krępująca dolegliwość zdeterminowała całe jego dorosłe życie. Do tego stopnia, że musiał zrezygnować z prestiżowego stypendium w USA.

Z kolei sześć lat trwał sądowy spór wdowy po Ryszardzie Kapuścińskim z jego przyjacielem Arturem Domosławskim,  zarazem autorem biografii  „Kapuściński. Non-fiction”. Pamiętam z czasu lektury dwa rodzaje zażenowania: kiedy autor skupia się na licznych zdradach małżeńskich reportera. Trudnych, by nie powiedzieć, toksycznych relacjach z żoną i córką, która postanowiła zerwać kontakty z ojcem, a nawet zmienić nazwisko. I jego aktywnej współpracy z bezpieką, donoszeniem na znajomych.

Drugi zaś rodzaj zażenowania łączy się rodzajem zawodu, że autor „Hebanu” tak umiejętnie wywiódł mnie i całe rzesze czytelników w pole. Dziś już dobrze wiadomo (dokumentacja od czasu wydania biografii stała się bogatsza), że Kapuściński wiele opisywanych wydarzeń najzwyczajniej w świecie wymyślił, a wnioski z nich płynące, pisane pod z góry założoną tezę, całkowicie wypaczają prawdziwy stan rzeczy. Umiejętnie, na konfabulacji i kolorowaniu obrazów, stworzył własny mit bohatera niezłomnie trzymającego się zasad dziennikarskiej profesji. Rozczarowanie długo mnie nie opuszczało, teraz pozostało już tylko zaskoczenie, że dla wielu czytelników, powieści Kapuścińskiego (bo trudno inaczej ten gatunek nazwać) są wciąż wiarygodnym źródłem mówiącym o określonych czasach, prawdziwych ludziach i historycznych wydarzeniach. Nawet zmyślony wywiad z Che Guevarą, z którym pisarz nigdy nie rozmawiał, jest dla niektórych traktowany jako dokument epoki.

Nieco inny problem, na który napotyka czytelnik wiąże się z drukiem listów. Pytanie, czy chciałbym, aby czytano moją prywatną korespondencję? Bliska jest mi deklaracja Jerzego Bralczyka zamieszczona w znakomitej książce „Pokochawszy. O miłości w języku”, mówiącego o publikowanych listach znanych osób, które ujrzały światło dzienne: „Wydają mi się pewnym nadużyciem. Wyszły np. listy pod niby dowcipnym tytułem „Listy na wyczerpanym papierze” Jeremiego Przybory i Agnieszki Osieckiej. Niezwykle lubię twórczość Przybory, Osieckiej też, choć w mniejszym stopniu, ale tego nie przeczytałem i nie przeczytam. Nie wydaje mi się to stosowne.”

Ostatnie zdanie dobrze oddaje mój stan, kiedy poznawałem korespondencję Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza. Pisałem w recenzji, że czytając fragmenty mam poczucie wchodzenia w butach w cudze życie i podsłuchiwania sekretnych wyznań: (…) śniłaś mi się z wczoraj na dzisiaj (…). Sen miał wszelkie cechy spraw, które rozgrywają się między kobietą a mężczyzną. Nie lubię (i nie zamierzam) pisać pornograficznych listów, więc powiem Ci tylko, że masz bardzo piękne piersi; zdaje się, że Ci to we śnie powiedziałem.”

Biografie to zawsze autorski wybór i dylematy, na co stawiać akcent. Obiektywne opisanie czyjegoś życia jest przecież urojeniem. Wiem, że nie jest to takie proste wyznaczyć granice, których w procesie wnikania w cudze życie i – co tu dużo mówić – kreowania go, nie należy przekraczać. Agata Tuszyńska, autorka biografii Barbary Piaseckiej Johnson „Milionerka”, mówi, że najważniejsze, czy autor może spojrzeć w lustro po tym, co napisał. „Ja mogę, bez względu na to, co inni sądzą na ten temat”.

Wtrąciłbym w tym miejscu: istotą wcale nie jest, czy autor biografii może spojrzeć w lustro. Ważne, czy po lekturze może to zrobić czytelnik. Oby nie zawiedziony, że raz jeszcze pospolita ciekawość wzięła górę i nie zdołał oderwać oka od dziurki od klucza.

Oprócz uczucia zakłopotania, coś z tego podglądania sławnych i wyjątkowych pozostanie mu na dłużej? Zapewne tylko potwierdzenie, że (słusznie czy niesłusznie) wstydzi się trzech rzeczy: że nie jest ładny, za mało wie i kiepsko radzi sobie w życiu.

 

 

Anna Król „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie”

Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny”

Magdalena Grzebałkowska „Komeda. Osobiste życie jazzu”

Dorota Karaś „Cybulski. Podwójne salto”

Szymborska, Filipowicz „Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy”

Mariola Pryzwan, „Haśka. Poświatowska we wspomnieniach i listach”



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

„SŁODKI KONIEC DNIA”. GORZKI KONIEC EUROPY? (RECENZJA FILMU)
13.06.2019
AMOR TOWLES „DŻENTELMEN W MOSKWIE”. PRZECZYTAM PONOWNIE?
07.03.2019
KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)
06.10.2016