TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA


A przepadł podwójnie – w pamięci młodego pokolenia i przepadł na wystawie. W jednym i drugim przypadku dosłownie. Brzmi tajemniczo? A to nie koniec. Na wystawach adresowanych do dzieci to one z reguły instruują rodziców. A na tej odwrotnie. Każdy z dorosłych przyprowadzających swoją pociechę wie, kim był Alfred Szklarski i Tomek Wilmowski. Każde dziecko, choć na początku nie miało ani o autorze, ani o bohaterze zielonego pojęcia, po godzinie chce czym prędzej dostać któryś z tomów, a najlepiej od razu wszystkie z serii. O co w tym galimatiasie chodzi?

Kilka pokoleń dorastających w przaśnych latach PRL wychowało się na książkach o Tomku, Indianach ze szczepu Dakota, aborygenach czy innych grupach zamieszkujących odległe części globu. W czasach „żelaznej kurtyny”, kiedy wyjazd za najbliższą granicę był egzotyczną wyprawą, kolejne tomy rozbudzały zaciekawienie światem, innymi kulturami. Ukazały się w niewyobrażalnym nakładzie ponad dziesięciu milionów egzemplarzy.

 

Szkoda, że zainteresowanie twórczością Alfreda Szklarskiego przygasło. Łatwość poznawania innych krajów, skrócenie odległości, szybkość wymiany informacji sprawiły, że dawniej pisane książki podróżnicze są dziś mało popularne. Tak jakby przygody kiedyś były mniej ciekawe od współczesnych. Zaręczam – nie są.

 

Znalazłem dla tego „zaręczenia” sojusznika. Jest nim Muzeum Śląskie, które w dawnej stolarni kopalni „Katowice”, dziś pieczołowicie odrestaurowanym budynku otwarło stałą wystawę „Na tropie Tomka”. Zasadniczo dla najmłodszych. Do tego stopnia, że miałem pewne kłopoty z otrzymaniem biletu. Najpierw pani w kasie zapytała, przyglądając mi się badawczo, czy na pewno chcę tam pójść. Potem, już na miejscu, wyjaśniałem zdziwionej bileterce, że nie przyprowadziłem dzieci, że ja sam, z sentymentu po prostu.

„Ale plecaka chyba pan do zabawy nie będzie potrzebować.”

 

O co chodzi z tym plecakiem? Otóż wystawa pomyślana jest jako zadanie do rozwiązania przez zwiedzające rodziny. Należy, bawiąc się w detektywa, odpowiedzieć, gdzie w szerokim świecie podział się Tomek Wilmowski. Sam Alfred Szklarski osobiście zwraca się z tym apelem przez głośnik: „Szukajcie chłopca o blond włosach i szerokim uśmiechu!”. Drużyny otrzymują na wyprawę plecak z notatnikiem, lupą, lusterkiem i mapką. Bez tego nie uda się znaleźć Tomka, który – na kontynentach, do jakich zespoły docierają – zostawił pięć listów. Wiem, co mówię – plecaka nie dostałem, więc i bohatera nie znalazłem. Następnym razem przyjdę z wypożyczonym dzieckiem.

 

Start i meta zaczynają się w nastrojowej biblioteczce z książkami (można przeglądać) znanymi często jedynie pokoleniu dziadków i rodziców.

 

Po wyjściu znajdziemy się w sali przypominającej sterówkę statku. Wszystko na tej wystawie zachęca do dotknięcia, sprawdzenia, a nawet powąchania. Skoro więc pojawia się komenda: „Przekręć kołem sterowym w prawo lub w lewo, żeby uruchomić przekaz” to przekręciłem. Na ogromnym globusie po kolei podświetlały się kontynenty, które Tomek Wilmowski odwiedził, a jednocześnie na ścianach wyświetlono marszrutę jego ekspedycji. Z całej serii czytanej wiele lat temu najlepiej zapamiętałem „Tomka na Czarnym Lądzie”. I na życzenie pojawia się mapa pełnej przygód jego trasy: od portu w Mombasie do miasta Kisuma narysowano tor kolejowy, potem pozostała już tylko chłopcu piesza wędrówka; na mapie widać ślady stóp, prowadzące w głąb pełnego dzikich zwierząt kontynentu.

 

Poszukiwany bohater jest zawsze o krok przed tropicielami. Dorośli z dziećmi muszą się napracować, by do niego dotrzeć. Trzeba pootwierać skrzynie z zagadkową zawartością, zapisywać uwagi w notatniku, przybijać pieczęcie, a w wiosce Masajów w amazońskiej dżungli sprawdzić, co kryje się w tubach. Po odsłonięciu pokrywy wydziela się z nich intensywny zapach ananasa, brazylijskiego pieprzu, dzikiego cynamonu czy kakaowca.

 

W jurcie Jakutów na Syberii można założyć stroje rdzennych mieszkańców, siąść przy ognisku, posłuchać o gościnności i znaleźć ławę z miejscem przeznaczonym dla konkretnego domownika.

 

Spodziewałem się, że będę na wystawie jedynym i w dodatku niecodzienym przedstawicielem połączonych sił rodzicielsko-dziecięcych. W końcu Alfred Szklarski od dawna nie okupuje list bestsellerów. A tu spora i miła niespodzianka. Widziałem kilka zgodnie współpracujących zespołów. Różnica wieku między najmłodszymi a najstarszymi detektywami nie ma znaczenia. Coś mi się zdaje, że nieczęsto w domach prowadzi się tak żywe, emocjonujące rozmowy. W takim miejscu dopiero widać, jak bardzo wspólne rozwiązywanie zadań sprzyja uczeniu, rozwijaniu pasji, ale i wzajemnemu poznawaniu.

 

 

Czyżby więc Tomek Wilmowski odnalazł się nie tylko na końcu wystawy, ale i  na powrót w świadomości najmłodszego pokolenia? W każdym razie, w mojej się odnalazł. Na strychu z kartonu z książkami wyjąłem „Tomka wśród łowców głów”. Będzie wspomnieniowa wakacyjna lektura. Prawda, nieco archaiczna, ale za to powrót do dzieciństwa w pakiecie.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)
06.10.2016
JACEK DEHNEL „KRIVOKLAT” (RECENZJA)
09.08.2016
ZBIGNIEW BIAŁAS „TAL” (RECENZJA)
13.06.2016
CHUTNIK „W KRAINIE CZARÓW”. NIE TAKA CHUTNIK…
17.02.2016