TWARDOCH, BALLADA O PEWNEJ PANIENCE (RECENZJA)


Od pewnego czasu chętniej sięgam po klasykę niż literaturę współczesną. Zaległości więc rosną, co mnie, szczerze mówiąc, tylko trochę martwi, bo należę do tych, którzy uważają, że najlepsze rzeczy już napisano. Nie oznacza to, że nie staram się tej śmiałej hipotezy weryfikować. Tym razem wybór padł na zbiór opowiadań „Ballada o pewnej panience”.

Szczepan Twardoch to pisarz modny i płodny. Często nagradzany, z rekordową liczbą nominacji. Autor głośnych powieści „Morfina” i „Drach”. Pochodzi z Górnego Śląska. Tyle o nim wiem. Tak się składa, że nie przeczytałem do tej pory żadnych jego utworów. Zaczynam znajomość od wyjątkowo trudnej formy prozatorskiej, jaką są opowiadania. A konkretnie, od wyboru jedenastu, zdaniem autora, najważniejszych w jego dorobku. Nadarza się więc okazja, by skonfrontować możliwości pisarza z mistrzami gatunku. Dodam, rzadka okazja, bo rynek czytelniczy z zagadkowych dla mnie powodów opanowały niemal bez reszty powieści.

Jakie są te opowiadania? Emocjonalne przede wszystkim, ale czy może być inaczej, skoro traktują o historiach miłosnych dalekich od romantyzmu. O życiu w niespełnieniu, z bólem odrzucenia albo utraty, w psychicznym zniewoleniu. O penetrowaniu mroków podświadomości. O pytaniu o tożsamość.

Oryginalny i charakterystyczny styl pisarki jest tylko pozornie niechlujny i swobodny. Naprawdę zaś dobrze „przylega” do współczesnej polszczyzny. Twardoch dobrze się w niej czuje, co oznacza, że trzeba się przygotować na sporą dawkę wulgaryzmów, brutalności i fizjologii.

Tak to już jest ze zbiorami opowiadań, że nie wszystkie z jednakową mocą zapadają w pamięć. W „Balladzie o pewnej panience” do głębszych przemyśleń zachęciły mnie zwłaszcza trzy. Przywołanie ich to dobra okazja, by bliżej przyjrzeć się najważniejszym wątkom całego zbioru.

„Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka”

Opowieść o tym, jak zdominowanie przez kogoś wpływa na życie. A nawet więcej, jak wpływa na życie zastępcze kreowane w wyobraźni, stające się azylem, a w istocie pułapką bez wyjścia. Zalękniony, nieśmiały księgowy osaczony przez matkę nawet po jej śmierci, przeżywa pozorną przemianę pod wpływem znajomości z koleżanką z pracy. Musi podjąć wysiłek oddzielenia tego, co jest realnym życiem od tego, co stanowi wytwór imaginacji. Czy to nie kłopot wielu z nas? Również tu o tym, że skazanie na własne ciało (jeden z podstawowych tematów zbioru opowiadań) może być prawdziwym lub iluzorycznym cierpieniem i przekleństwem.

„Masara”

Warto, jeszcze przed lekturą, sprawdzić, co znaczy to słowo w gwarze śląskiej. To historia prześladowanej przez kolegów w czasach licealnych otyłej Pauliny uwięzionej w znienawidzonym ciele. Co wynika z faktu, że prześladuje ją również chłopak, w którym jest zakochana i że nie może liczyć na rodzinę? Warto się przekonać, jak bohaterka zareagowała na okrucieństwo i jak doświadczenia przemocy psychicznej wpłyną na jej życie. Także, jak nietolerancja połączona z zadawaniem bólu wyzwalają ogromne poczucie niższości („Bo śmieszność jest gorsza od śmierci”) i w akcie okrutnej samoobrony tworzą nieuniknioną reakcję łańcuchową.

„Moje życie z Kim”

Bohater – dawno temu, na krótko, bo zaledwie na kilka dni – zaznał prawdziwego szczęścia, bliskości kochanej kobiety, gorącej namiętności. Stał się pod wpływem przeżyć innym człowiekiem. Tylko, czy ta przemiana uczyniła go szczęśliwym? Czy może sprowadziła zniewolenie ciągłym powracaniem do krótkiego epizodu w życiu. Bez wątpienia, obsesję pisarza stanowi krążenie wokół tematu bolesnego realizmu, w którym nawet śmiech jest wyłącznie przez łzy.

Twardoch w  swoich krótkich formach daje niepokojącą prawdę o życiu. Nie gładkim, łatwym, z nieznośną sztucznością celebryckich ścianek, ale o pełnym cierpienia mozole. Bliskim temu, co barokowy Mikołaj Sęp-Szarzyński gorzko zdefiniował w sonecie, w którym już sam tytuł O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem, genialnie koresponduje z tematyką opowiadań pisarza z podgliwickich Pilchowic: „Pokój — szczęśliwość; ale bojowanie/Byt nasz podniebny (…)”.

Można pisać o brutalności dla samego tylko epatowania złem. Współcześni pisarze lubią takie rozwiązania. Mógłbym dodać, że Szczepan Twardoch udowadnia, że dobrze się czuje w tym towarzystwie. I mógłbym na tym poprzestać. Ale to część prawdy.

Jak opisać tę drugą, całkiem odmienną i zaskakującą? Na pozór nie wprost, a w rzeczywistości wystarczająco dobitnie pomógł mi w tym sam autor, który w wywiadzie udzielonym Robertowi Rientowi, na pytanie o swój piętnastoletni związek z żoną, odpowiada poirytowany: „…proszę pana, ja nie jestem w związku, ja w ogóle nie rozumiem, co to jest „związek”. Jestem żonaty, to jest małżeństwo, nie żaden związek. Związek to może być radziecki albo zawodowy… Proszę mi wybaczyć, ale słowa są dla mnie ważne. Nienawidzę słowa „związek” w tym kontekście tak samo, jak nie cierpię określeń „partner” i „partnerka”. (…) to ustawia relacje ludzi tak, jakby to była spółka jawna, cywilna, a najczęściej z ograniczoną odpowiedzialnością. W tym nie ma życiowej odpowiedzialności (…) Coś potwornego! Wszystko ustalmy, nazwijmy, wypowiedzmy – nie ma w tym przyciągania. To nie mój problem, ale samo nazewnictwo: „związek”, „partner” – ustawia relacje międzyludzkie w sposób nieludzki.”

Opis życia w wersji skrajnie przygnębiającej, z wszechobecną brutalnością i wulgarnością języka, hipnotyzowanie mrokami ludzkiej egzystencji pełnej agresji, krzywdy i beznadziei. Wszystko po to, by w tle wyrazić tęsknotę za dobrem i wartościami zweryfikowanymi przez setki pokoleń?

Przewrotne, prowokacyjne i trudne. Ale możliwe. Twardoch sobie poradził.  



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
recenzja książki Andrzeja Stasiuka Wschód
ANDRZEJ STASIUK „WSCHÓD” ALBO TERAŹNIEJSZOŚĆ OD DAWNA
11.07.2015