ZA TYMI MURAMI RODZĄ SIĘ PRAWDZIWI POECI


Raz, dwa i z ołówków zostają jedynie małe ogryzki, błyskawicznie wypisują się wkłady w długopisach. W celach, w twórczym zapale tworzy się, ba, rozkwita poezja więzienna. Może nie zawsze przez duże P, ale ujmująca szczerością i prawdą. Jeszcze do niedawna nie miałem pojęcia, ile różnego rodzaju konkursów na różnych szczeblach w tej dziedzinie literatury organizuje się w Polsce. Wśród nich, najbardziej prestiżowy, Ogólnopolski Konkurs Poetycki imienia Jeana Geneta, od ośmiu lat w stolicy Górnego Śląska. Już punkt pierwszy Regulaminu, nie ma co ukrywać, brzmi poważnie: Organizatorem konkursu jest Dyrektor Aresztu Śledczego w Katowicach.

Jakie są wybory “profesjonalnego jury powołanego przez organizatora, składającego się z poetów i krytyków literackich”, o tym w najbliższym czasie. A dzisiaj, poezja więzienna w nieco innym, całkiem nie konkursowym, wydaniu. Za to najprawdziwszym, pisanym z potrzeby serca i ograniczonym do nader skromnego kręgu odbiorców – dziewczyny (rzadziej żony), rodziców (częściej matki), kolegów na wolności albo (ostatecznie) w celi. Oczywiście, zachowałem oryginalną pisownię – razem z treścią tworzy jedyną w swoim rodzaju, integralną całość.

Nie wstydź się wzruszeń. Bo, jak mówi stara literacka prawda – szczerze piszą tylko grafomani.

Na sali rozpraw tłum, świadków bez liku jest

przed trybunami siadł sędziowski skład

wszystko zabrali mi

marzenia rozwiał wiatr

Ciężkie więzienne dni czekają mnie

gdy wyrok dadzą mi

taki los czeka mnie

opuszczę głowe w duł i pujdę sam

włożę więzienny struj

ach niepłacz miła ma nie przejmuj się

Żegnajcie koledzy ze wspólnej kwatery

żegnajcie dziewczęta ostatni raz

idę do więzienia na męki cierpienia

by cierpieć nędzę, głód i żyć bez was

       Przez dziewczyny dorobić się można

     Ciężkich robut przez wiele lat

     Tu się popieści tu pocałuje

     A czasem i d… nie pożałuje

     Dostałem wyrok piętnaście latek

     dopiero połowa cóż to za pech

     żeby siedzieć tu przed zamknięciem

     i przeklinać swój więzienny los

     Przez dziewczyny straconą mam wolność

     Te młode lata wśród czterech ścian

     A one teraz pięknie ubrane

     Chodzą się bawią wymalowane

     Kiedy się skończą moje cierpienia

     Kiedy znów będę wolny jak ptak

     Nie będę już kochał żadnej dziewczyny

     Bo mam już dosyć więziennych krat

Żółty jesienny liść

tyle mi opowiedział

Wtedy pisałaś mi

kiedym w więzieniu siedział

I musiałem po nocach

patrzeć w niebo kratę

Jeśli ty mnie zdradziłaś

Jaką poniosłem stratę

Ja bez ojca i matki

Spędzam swe młode lata

Matką moją jest cela

A dziewczyną  jest krata

WŚRÓD NOCNEJ CISZY

Wśród nocnej ciszy i wichrów burzy

Józef Zakrzewski, chłopak niedurzy

Tęgawy w barach, stary bandyta

pomyślał sobie z Lipami kwita

Mówi do synów chłopcy idziemy

rodzinę Lipów wymordujemy

Dom podpalimy, wszystkich wyrżniemy

a ślady zbrodni zamaskujemy

Bierze pistolet, za pas dwa noże

czy się nie cofnie, któż wiedzieć morze

Czesiek siekierę, Adam motykę

no i już idą na bijatykę

Józef szef bandy pierwszy wyrusza

kroczy odważnie jak gestapowiec

By wybić Lipów, rodzinne plemię

tak się skradają na podpalenie

A gdy przybyli do swego celu

Józef powiedział jest nas niewielu

Więc póki mamy szczerą ochotę

więc zabierajmy się do roboty

Spuścili konia, by kogoś zwabić

wyszła staruszka, trzeba ją zabić

Nagle błysnęły ostre dwa noże

Staruszka padła, jak snopek zboża

Nagle błysnęła w ręku siekiera

Chrząszcząc po kościach w ciało się wdziera

Józef i Adam wtargnęli do chałupy

i już po chwili było trzy trupy

Stary do Mietka podchodzi z splówą

oddaj pieniądze powiedział gróbo

Mietek wyjmuje forsę z siennika

i jóż po chwili oczy zamyka

Wszystkich Zakrzewskich, co u Lipów byli

za te morderstwa wkrótce wykryli

Sąd im wymierzył wyroki duże

i jóż nie wrócą na swe podwórze

Adama i starego jóż powiesili

a Czesiek gnije w więziennej celi

Zanim się skończy Czesława kara

będzie on dziadkiem napewno starym

Któż morze być świadkiem tak wielkiej zbrodni

Tylko ten księżyc płomyk zachodni

       Spotkałem Ją wtedy ja pierwszy raz

     A serce mi zmiękło choć było jak głaz

     Bać się zacząłem dziewczyny ja tej

     A wkrótce potem zakochałem się w niej.

     Chodziłem na spacer z nią i do kina też

     a ona mówiła dam Ci co tylko chcesz

     Z początku ostrożnie zacząłem ja z Nią

    Ona mi za to udostępniła cnotę swą

    Pieściłem ją czule, załatwiałem namiętnie

    i ona przede mną rozbrajała się doszczętnie

    Było nam dobrze ze sobą we dwoje

    Ale, niestety miłość ma granice swoje

    Granica ta szybko nas rozdzieliła

    Bo już na zajutrz to nastąpiło

    Gdy z Nią się żegnałem czułym pocałunkiem

    Za godzinę później byłem przed posterunkiem

    Tam krótko mię wzieli protokół spisali

    a trochę później do celi zagnali

    I tak skończyły się przygody moje

    dlatego że gliny wsadziły pazury swoje

ŻYCZENIA DLA KOLEGI

Wszystkie swoje życia sprawy

Zawsze mocno trzymaj w dłoni

Nie bądź wścibski lecz ciekawy

A okazji nigdy nie wolno trwonić

Dbaj o honor co dzień gol się

Promieniuj barwami tęczy

Zawsze rękę miej na pulsie

Nie na swoim, na dziewczyny

Dżentelmenem bądź na co dzień

Ucz się stale, zdobądź wiarę

A gdy będziesz z wszystkim w zgodzie

Pomyśl czasem o koledze

      Już mróz naszą celę okrywa

     Nadchodzi wieczór wigilijny, gródniowy

     Podmóch wiatru śnieg z ziemi zrywa

     A ja słucham tej wiatru dziwnej mowy

     Przenoszę się w domowe progi

     I widzę was kochani przy wieczerzy

     Jestem tu, los był dla mnie srogi

     Tak srogi, że nikt go nie odmieni

     Stół do kolacji nakryty

     Przy stole cała rodzina

     A ja w celi załamany, rozbity

     Wiekiem jest karzda godzina

     W tej szarej świątecznej rozpaczy

     Przyjmijcie ode mnie życzenia

     Że listownie?

     Bo los mnie tak raczy

     Lecz szczerze życzę spełnienia mażeń

To się nazywa poezja więzienna w solidnej dawce! A przed następnym zestawem, co prawda, nie w “gródniowym podmóchu wiatru”, ale w ciepłym i wiosennym, również Wam, drodzy Czytelnicy, “szczerze życzę spełnienia mażeń”. Niezbadane są wyroki, więc (jeszcze) nie z więziennej celi. Co robić, wtedy po prostu  “opuszczę głowe w duł i pujdę sam” z nadzieją, że swoją postawą zapracuję na  nieposzlakowaną opinię współwięźniów i ktoś mnie podniesie na duchu, pisząc podobnie jak niejaki “Rudy” do “Gołębia”: “Masz pozdrowienia od ludzi co przyjechałeś z nimi mówili że jesteś pewny można na ciebie liczyć pozdrowienia od ludzi trzymaj się.”

Z wdzięczności za takie słowa kopsnę mu wtedy trochę szlugów. I napiszę wiersz.

 


  • Aga z podróży szczypta

    twórczość z potrzeby serca zawsze ma to nieuchwytne coś. I niech mówią, że to grafomania lub inna mania. Ciekawy wpis.

    • Szał twórczy jest przy tym tak naturalny i szczery, że spokojnie można wybaczyć nieobecność ortografii.

  • Iwona Trojan

    nic to dla poezji grube, więzienne mury 🙂