ULEGŁOŚĆ. CHODZI O MNIE?


Ani dominacja, ani uległość pewnie nie są wymarzonymi stanami dla większości, ale jeśli koniecznie trzeba by wybrać  to ten pierwszy jest naturalnym faworytem. Kojarzy się z autonomią, samostanowieniem, uprzywilejowaniem i odrębnością. Uległość – z przegraną, nieudacznictwem, niezaradnością. Sprawa nie wydaje się jednak tak oczywista. A świadczą o tym wyniki pewnego eksperymentu, o którym opowiem za chwilę.

Na razie krótka dygresja. Kiedyś bardzo chciałem zostać psychologiem. Wyobrażałem sobie, że będę w stanie pomóc innym w wielu ich życiowych problemach, naturalnie więc i z każdym swoim, w ramach zawodowego bonusu, sobie poradzę. Dochodziły mnie jednak często słuchy, potwierdzane własnymi obserwacjami, że o ile z pomocą bliźnim to prawda, o tyle z rozprawianiem się ze swoimi kłopotami bywa nie całkiem tak różowo. W każdym razie, psychologowie nie są w tym lepsi od zwykłych śmiertelników. I przeszło mi. Zostałem filologiem. W ten sposób mogę sobie, bez narażania na kpiące zdziwienie, życiowo (aż chciałoby się napisać – w spokoju ducha) nie radzić. Zainteresowania tą dziedziną nauki jednak pozostały.

Czytałem ostatnio o eksperymencie profesora Stanleya Milgrama, psychologa społecznego z Uniwersytetu Yale, mającym zweryfikować uległość wobec autorytetu. Jeśli coś mnie w ostatnim czasie zaszokowało to właśnie wyniki tych badań.

Na czym polegały? Otóż, w mediach zamieszczono ogłoszenie o poszukiwanych ochotnikach, którzy wzięliby udział w badaniu pamięci. Zdradzę już teraz, naprawdę chodziło o coś zupełnie innego. Każdy ze zgłaszających się poznawał dwóch mężczyzn. Jeden z nich, o nobliwym wyglądzie i ubrany w biały fartuch z plakietką, wyglądał jak poważny profesor. Drugi, wydawało się, jest kolejnym ochotnikiem z ogłoszenia. W rzeczywistości obaj byli aktorami. „Profesor” wyjaśniał, że celem eksperymentu jest badanie pamięci pod wpływem stresu, a karą są elektryczne wstrząsy o coraz bardziej wzrastającej sile. Następowało losowanie. Aktor zawsze zostawał uczniem, a nieświadomy niczego prawdziwy ochotnik nauczycielem. Uczeń, któremu przytwierdzono elektrody, otrzymywał na kartce pary słów do zapamiętania, po czym był odpytywany. Nieprawidłowe odpowiedzi skutkowały wciśnięciem przez ochotnika odpowiedniego przycisku i zwiększeniem napięcia o kolejne piętnaście woltów.

Żeby całą sytuację uwiarygodnić nauczyciel na samym początku został rażony prądem wartości siedemdziesięciu pięciu woltów. Wiedział, że to boli i miał więc świadomość, co będzie aplikował uczniowi w razie kolejnych błędnych odpowiedzi (eksperyment zaczynano od piętnastu woltów, kończono na czterystu pięćdziesięciu). Oczywiście, sytuacja była sfingowana; prąd nie docierał do ciała błędnie odpowiadającego ucznia-aktora. Ten miał wiarygodnie odegrać ból rażonego coraz silniejszym prądem człowieka, który w przerażeniu coraz bardziej wikła się w odpowiedziach i w rezultacie coraz bardziej fizycznie i psychicznie cierpi.

Domyślacie się, że nie o żaden eksperyment z pamięcią tu chodzi. Ale nie domyślacie się reakcji ochotników – „nauczycieli” świadomie zadających coraz dotkliwszą karę i widzących reakcje coraz bardziej bezradnych i obolałych „uczniów”. Ależ jestem naiwny. Byłem przekonany, że zadający pytania sami szybko zdecydują o przerwaniu eksperymentu widząc, jak bardzo dręczony jest przez nich drugi uczestnik. Nic z tego. Nie wziąłem pod uwagę uległości wobec autorytetu,  w tym przypadku „profesora” stojącego nieopodal. Marne pocieszenie, że w swoich rachubach, oprócz mnie, pomylili się psychologowie – praktycy. Ci przewidywali, że statystycznie, co najwyżej jedna osoba na tysiąc będzie w stanie zadać ogromny ból stosując najwyższą karę, czyli czterysta pięćdziesiąt woltów. W rzeczywistości, najwyższym napięciem posłużyło się aż sześćdziesiąt pięć procent ochotników biorących udział w eksperymencie. Okrutni, pozbawieni uczuć sadyści? Ależ skąd!

Doświadczenie pokazało, czym jest i do jakich skutków może prowadzić uległość wobec autorytetu. Wystarczyło tylko, że obok stał ktoś ubrany w biały kitel z uniwersyteckim identyfikatorem, który widząc wahania „nauczyciela” mówił stanowczym głosem, że w ramach eksperymentu należy badanie nadal koniecznie prowadzić (czytaj – stosować coraz silniejsze dawki prądu), by zdecydowana większość do poleceń się stosowała, choć mogła w każdej chwili bez konsekwencji odmówić dalszego udziału.

Prowadzący badania Stanley Milgram uznał, że wyniki dowodzą niesłychanie silnej skłonności dorosłych ludzi do spełnienia prawie każdego polecenia wyrażonego przez autorytet. I dodał: „Sedno posłuszeństwa sprowadza się do tego, że człowiek zaczyna traktować siebie jako narzędzie, za pomocą którego ktoś inny realizuje swe plany. Przyjmując taką postawę uwalnia się od odpowiedzialności za własne czyny.”

Tylko z uznaniem trzeba więc powitać niedawny pomysł o zakazie reklamowania farmaceutyków przez aktorów występujących w lekarskich kitlach. Byłoby bardzo interesujące dowiedzieć się, jak wielu z nas „diagnozuje” u siebie choroby na podstawie oglądanych reklam, w których budzący zaufanie „lekarze”, najogólniej jak się da, opisują objawy, po czym zalecają zakup suplementu o właściwościach cudownie działającej różdżki. Niepokoi zwłaszcza to, co potwierdzają codzienną praktyką farmaceuci – najbardziej podatną na reklamy grupą są matki z małymi dziećmi.

Przyznanie się do podatności na podejmowanie decyzji pod wpływem kogoś lub czegoś nie jest łatwe, ani dla samopoczucia krzepiące. Okolicznością łagodzącą jest fakt, że skala uległości bywa często nie uświadamiana. A rzecz dotyczy przecież nie tylko autorytetu medycznego, ale każdego, na przykład wyrażanego przez tytuł naukowy, mundur, status społeczny i majątkowy. Nie warto nawet zaprzeczać. Wyniki eksperymentów są nieubłagane. Przykład? O trzysta pięćdziesiąt procent więcej przechodniów jest skłonnych przejść na czerwonym świetle za kimś, kto jest ubrany w garnitur i ma założony krawat niż za mężczyzną ubranym tylko w spodnie i koszulę.

Muszę przyjrzeć się, na czym polega uległość w moim wydaniu. Obronię poczucie niezależności, czy dojdę do wniosku, że ulegam sprytnie i gęsto zastawionym  pułapkom? Nie będzie to takie proste, w końcu wymyślają je najlepsi fachowcy od wmawiania i nakłaniania.

Czy tylko mnie zaczyna niepokoić, że w takim razie, jako nieświadomy niczego ochotnik, biorę udział w niejednym eksperymencie?