VINCENT CURCIO „HENRY FORD” (RECENZJA)


Dla miłośników wczesnej motoryzacji – lektura obowiązkowa. Gdyby to jednak była książka wyłącznie dla nich, nie pisałbym recenzji. W końcu, ilu moich czytelników mdleje na widok jadącego oldtimera. Tak więc, kto ciekaw przeczyta o wprowadzonym na rynek w 1908 roku rewolucyjnym modelu T, który na zawsze zmienił branżę motoryzacyjną, o pierwszej kraksie, początkach wyścigów, związkach zegarka z samochodem. Słowem, ciekawostek mu nie zabraknie. Mnie jednak bardziej zaintrygowało coś innego. Pewien fenomen, który da się sprowadzić do dwóch pytań. Jak to jest, że od czasu do czasu pojawiają się jednostki, w swoim spełnianym wizjonerstwie, zmieniające los milionów. I co powoduje, że tacy jak Henry Ford, czy Thomas Edison, Steve Jobs, Bill Gates, Mark Zuckerberg przebudowują nasz świat i kierują go na nowe tory. Tworzą rzeczy, które innym wydawały się nierealne. Więcej, rzeczy, o których nie pomyśleli, że mogą powstać. Barwna opowieść o Henrym Fordzie mierzy się z tym tematem i wskazuje kilka ciekawych tropów.

Czytam we wstępie: „Nie ma wielu osób, w istocie jest ich bardzo niewiele, których praca i wywierany przez nie wpływ są tak istotne, że z czasem zasadniczo zmieniają to, jak ludzie żyją”. Ale dlaczego właśnie oni? Z kilku przeczytanych do tej pory biografii wielkich innowatorów, z tej także, wyłania się obraz ludzi pełnych sprzeczności. Spójrzmy – Henry Ford był jednocześnie przeciwnikiem dobroczynności i ufundował szpital, szkołę, a na cele charytatywne wykładał miliony. Był zadeklarowanym pacyfistą, który na taśmach fabrycznych, obok samochodów, produkował bombowce Liberatory. Nie patentował wymyślonych wynalazków, dzięki czemu gospodarka światowa rozwijała się szybciej. W swoich zakładach, co było wówczas ewenementem, zatrudniał osoby upośledzone, czarnych, a nawet byłych przestępców. Dawał szansę, przeszłość go nie interesowała. Wreszcie, nie krył  antysemickich poglądów i jednocześnie współpracował z wyznawcami judaizmu. Pomagał wielu z nich. Wszystko razem tworzy zbiór szalenie trudnych do zrozumienia przeciwieństw, stąd wymykające się próby zdefiniowania tej postaci, która pod wieloma względami wyprzedziła swoje czasy, a pod wieloma pozostała w zamierzchłych.

Takie biografie warto czytać, zwłaszcza że Curcio potrafi opowiadać ciekawie, ze swadą. A zadania nie miał łatwego. Bo jak, zachowując obiektywizm, pisać i o skromności Forda, i o jego megalomanii. O wielkoduszności i despotyzmie. O filantropii i pogardzie okazywanej innym. Autor skutecznie jednak oddala od siebie pokusę wartościowania, choć daje się wyczuć, że swojego bohatera lubi. To czytelnik ma wyciągać wnioski.

Trafnie ten osobliwy i pełen niejednoznaczności ewenement oddaje uwaga: „Podobnie jak z każdym człowiekiem, który w równie wielkim stopniu wpłynął na historię, staramy się dojść, skąd się wziął i dokąd nas zaprowadził, abyśmy dzięki temu lepiej sobie zdawali sprawę, dokąd zmierzamy. Liczymy na to, że poznamy postać heroiczną, która będzie naszym przewodnikiem w życiu. Każdy człowiek jednak przypomina kamień wydobyty z kamieniołomu, jeszcze nierówny i z wadami, który nigdy nie zostanie obrobiony do końca, aby stał się wyszlifowanym pomnikiem, budzącym jawny podziw ogółu. Od wielkich ludzi bardzo wiele oczekujemy, ale nieprawdziwe i błędne byłoby twierdzenie, że wszystko w życiu takiego człowieka było wybitne. Ukazując wady, można jednocześnie znaleźć cechy piękne i wartościowe”.

Henry Ford był pierwszym miliarderem w historii. Dlaczego właśnie on? Próba odpowiedzi kieruje w stronę wszechstronności zainteresowań, umiejętności podejmowania szybkich i ryzykownych decyzji. Jeśli dodać do tego jedynie na pozór sprzeczny splot, na który składała się wspaniałomyślność połączona z bezwzględnością, mamy gotowy przepis na uczynienie siebie człowiekiem bogatym. Że nie takie proste? Owszem, bo dochodzi do tego tajemna zdolność wyciągania wniosków z nielicznych i raczkujących przesłanek, a potem tworzenie wokół nich twórczego fermentu. W efekcie, „dążenie (Forda przyp. mój) do wykorzystywania lub przekształcania każdej rzeczy, którą znalazł lub wytworzył w swoich zakładach albo gdzie indziej, doprowadziło do tego, że za jego życia powstały pięćdziesiąt trzy branże”.

Wystarczy spojrzeć na jadące samochody. Już po chwili pojawia się model z wpisanym w owalne logo stylizowanym napisem „Ford” na granatowym tle. Nie jestem jakimś szczególnym wielbicielem tej marki (choć daleko mi do tych, którzy szerokim łukiem omijają auta na F), ale po lekturze zupełnie inaczej na nią patrzę. Coś sobie bowiem uświadomiłem: spełnienie marzeń potrafi czasem trwale zmienić świat. Nawet w sześćdziesiąt lat po śmierci marzyciela.  Jak bardzo? Spójrz na parking i jadące ulicą pojazdy.

Biografia z gatunku rozszerzających horyzonty i zmuszających do myślenia. Plus za piękną okładkę.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

BEZ GWIAZDY NIE MA JAZDY? PEWNE, ŻE STARY MERCEDES JEST PIĘKNY
13.11.2018
MOTOCYKLE. NIE JEŻDŻĘ, A UWIELBIAM
12.06.2018
STARE AUTA ELEKTRYZUJĄ, CHOĆ NIE ELEKTRYCZNE
25.06.2017
AUTA RETRO. I DLATEGO TAK OLŚNIEWAJĄ
16.06.2017
Wnętrze samochodu
CZY AUTO MOŻE BYĆ GRATEM
18.07.2015