WADOWICE. ŻEBY TYLKO NIE PRZESŁODZIĆ


Gdyby nie osoba Karola Wojtyły, Wadowice podzieliłyby los pobliskich Kęt, miasteczka podobnej wielkości, z podobną liczbą mieszkańców. Jednego z tych, przez które przejeżdża się migiem, bo do celu podróży pozostał jeszcze kawałek. Nic też nie utkwiło w pamięci, żeby planować w nim postój na zwiedzanie. Czyżby dlatego, że tu urodził się “jedynie” święty Jan Kanty, tam – święty Jan Paweł II? Żeby było sprawiedliwie, na relację z Kęt przyjdzie pora. Najpierw papieskie Wadowice.

Każdy przybysz już po kilku minutach spaceru przyznaje, że nie zapominają w nich o swoim sławnym mieszkańcu, który spędził tutaj pierwszych osiemnaście lat życia. Ślady obecności są widoczne na każdym kroku.

Oczywiście, wszystkie drogi w tym mieście prowadzą do domu rodzinnego Jana Pawła II, w którym znajduje się jego Muzeum Biograficzne (wnętrza pokażę wkrótce)…

i do parafialnego kościoła papieża – późnobarokowej Bazyliki Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, do której w czasie pielgrzymek powracał trzykrotnie.

Na bocznej fasadzie znalazł się zegar słoneczny, który Karol Wojtyła oglądał codziennie z okien swojego mieszkania: “A dom był tutaj, za moimi plecami, przy ulicy Kościelnej. Kiedy patrzyłem przez okno, widziałem na murze zegar słoneczny i napis: “Czas ucieka, wieczność czeka”.

Nie każdy z turystów dostrzeże uzupełnienie sprzed dwunastu lat. Po odjeździe autobusów z pielgrzymami wadowickimi na pogrzeb Papieża dopisano datę „ 2 kwietnia 2005”.

Tu mały Lolek został ochrzczony, przystąpił do pierwszej spowiedzi i komunii świętej.

W gmachu Urzędu Miasta mieściła się kiedyś szkoła podstawowa, do której uczęszczał mały Karol,

a w budynku dzisiejszego liceum imienia Marcina Wadowity działało ośmioletnie gimnazjum, w którym zdawał maturę w maju 1938 roku. Obok wejścia ławeczka z Lolkiem w gimnazjalnym mundurku. Jedyna okazja, żeby objąć kilkunastoletniego przyszłego papieża.

Po lekcjach młody Karol często nie wracał od razu do domu, ale skręcał w ulicę Juliusza Słowackiego, potem w Karmelicką i dochodził po kilku minutach do Klasztoru Karmelitów Bosych, nieprzypadkowo nazywanego “na Górce”. Tu, w kościele świętego Józefa otrzymał swój pierwszy szkaplerz, który nosił do końca życia. Po śmierci papieża wrócił on do tej świątyni już jako relikwia.

Kilkadziesiąt metrów stąd, przy rynku pod numerem piętnastym, znajdowała się cukiernia Karola Hagenhubera. To ją wspominał papież. Niestety, obecnie w remoncie, ale stosowne napisy, a jakże, przypominają znany cytat. Podobno (mówią o tym najstarsi mieszkańcy) dzisiejsze kremówki to zaledwie echo dawnych, wypiekanych według wiedeńskich receptur z naturalnych składników i z dodatkiem spirytusu.

Wadowice to rekordowo słodkie miasto. Takiej ilości cukierni jeszcze nie widziałem. Po raz pierwszy w moim rankingu daję dziesięć punktów. Szczęśliwi ci mieszkańcy; wystarczy, wyjdą z domu, a od razu dociera zapach świeżo upieczonych ciast. Oczywiście, królują wypieki, o których słyszał każdy Polak.

Pomyśleć, gdyby nie jedno zdanie papieża: “po maturze chodziliśmy na kremówki, żeśmy to wytrzymali, te kremówki po maturze…”, mało kto by  o nich słyszał. Obecne są na każdym kroku i o każdej porze dnia.

Jakie są moje doświadczenia z tym sztandarowym wypiekiem? To dosyć spore ciastko francuskie z dużą ilością kremu budyniowego. Dwa wystarczają. Aby zjeść cztery należy mieć za sobą lata praktyki, a ja, nie chwaląc się, doświadczenie mam. Dla zwykłego śmiertelnika nie obejdzie się bez reanimacji. Dobrych wieści nie mam dla tych, którzy zjedzą pięć. Na bank, każdy z nich w akcie zgonu będzie miał wpisane Wadowice.

Kremówki kremówkami, ważniejsze, że Wadowice to niezwykle malownicze i pełne uroku miasteczko. Z krętymi, często brukowanymi jeszcze uliczkami wijącymi się w górę i w dół, ogródkami niemal w samym centrum, z zabudową pamiętającą czasy Austro-Węgier i zdrowym, niespiesznym rytmem.

Na całe szczęście, czas trochę tu zwolnił. Dzięki temu wystarcza jedynie odrobina wyobraźni, żeby zobaczyć małego Lolka na spacerze z rodzicami, a po śmierci mamy chodzącego z tatą do kościoła i na obiady do położonej tuż przy domu jadłodajni (obecnie Muzeum Miejskie), biegnącego do szkoły, a po lekcjach wspinającego się na okoliczne wzgórza.

Zresztą, co będę opowiadał. Przyjedź,  zobaczysz sam.

(fotografie po kliknięciu powiększają się)


  • Ostatnimi czasy często bywam w Wadowicach. A raczej – ,,Wadowicach” – zacnej krakowskiej cukierni 🙂 W tych prawdziwych też byłam, ale jako dziecko, a wręcz, co gorsza, nastolatka, więc nie pamiętam z nich nic poza negatywnymi uczuciami do zwiedzania kościoła. Szkoda, bo teraz bardzo lubię małe, ciche miasteczka w stylu Starego Sącza – takie zadbane, obsadzone kwiatami, z elementami folkloru i wiejskiego, i wiejskiego.

    • Tak, ten opis bardzo do Wadowic pasuje, choć miejskość, co prawda nieagresywna, zdominowała już wiejskość. Poza tym podoba mi się w tym mieście, że nie eksploatuje nachalnie i tandetnie pamięci o Ojcu Świętym. Nie ma straganów, natrętnych sprzedawców, jaskrawej chęci zarobienia na papieżu. Jeśli świadectwa obecności (liczne!) to raczej dyskretne i stonowane.