SAM WASSON „PIĄTA ALEJA. PIĄTA RANO” (RECENZJA)


Eleganckie kobiety, mężczyźni w garniturach. Stonowane, pastelowe barwy kadrów. I dawka naiwności, która dziś potrafi rozczulić. Coraz bardziej lubię amerykańskie filmy lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. A może chodzi o coś więcej niż filmy. Dobrze się czuję w szczęśliwej epoce Ameryki z jej odrzuceniem nonkonformizmu, poczuciem swobody, dostatkiem i mocnym przekonaniem, że tak już będzie zawsze. „Były lata pięćdziesiąte i cały kraj zdawał się przebywać na nieustających wakacjach. Lecz kto mógłby czynić z tego zarzut?” Wreszcie, niewykluczone, że odzywa się nostalgia za czasami, kiedy mniej skomplikowany świat był łatwiejszy w odbiorze, a na pewno w ocenie. Jak w tej sytuacji mogłem nie sięgnąć po książkę Sama Wassona „Piąta aleja. Piąta rano”.

Można by ją skwitować jednym zdaniem: lekka opowieść o powstawaniu filmu „Śniadanie u Tiffany’ego” i wszystkich, którzy się w jego orbicie znaleźli. Kogóż na kartach nie znajdziemy. W roli głównej naturalnie Audrey Hepburn, następnie: pisarz Truman Capote, projektant mody Hubert de Givenchy, kompozytor Henry Mancini. Przewijają się Doris Day, Marilyn Monroe, Colette, Billy Wilder, Akira Kurosawa. Co nazwisko to ikona popkultury tamtych lat.

Na okładce kadr z pierwszej sceny filmu. Holly Golightly, bohaterka grana przez Hepburn, podchodzi właśnie do sklepu Tiffany’ego jedząc drożdżówkę. Aktorka nie znosiła ich i nalegała, by dano jej lody w rożku. Nic z tego. Miało być śniadanie. W dodatku, w scenie występuje w sukni tak obcisłej, że gdyby nie rozcięcie z boku poruszałaby się jak gejsza. Dalej – przyjęcie wydane przez Holly w jej mieszkaniu wypadło tak sugestywnie, ponieważ zostało nakręcone w trakcie prawdziwej imprezy. Reżyser zużył prawie dwieście pięćdziesiąt litrów herbaty i piwa imbirowego, sześćdziesiąt paczek papierosów, dostarczył mnóstwo kanapek, a do tego wydał dwadzieścia tysięcy dolarów na inne koszty. To wszystko, by nakręcić trzynaście minut jednej sceny. Za przywołanie wielu podobnych ciekawostek należy się autorowi szacunek, ale naprawdę „Piąta aleja. Piąta rano” to coś zdecydowanie więcej niż z pietyzmem pokazane kulisy tworzenia tak ważnego w historii kina filmu.

Właśnie – ważnego. Mało kto zdaje sobie sprawę, że – z dzisiejszego punktu widzenia – łagodna obyczajowo powieść Trumana Capote wzbudzać mogła ponad pół wieku temu równie wielkie kontrowersje. Dlaczego? Holly Golightly to dziewczyna lekkich obyczajów. Zresztą, spójrzmy na nazwisko, które oddaje istotę rzeczy – Holly „wędrowała (go) od mężczyzny do mężczyzny i z miejsca na miejsce, zgoła beztrosko (lightly)”. Niezależna i osobliwie wyrafinowana. W dodatku, narratorem książki był gej, alter ego  autora książki. Pamiętajmy, to czasy, gdy na straży filmowej moralności stał organ zwany Production Code Administration – niezwykle surowy cenzor moralności.

Jak sobie w takim razie poradzili twórcy filmu? Czy udało się nakręcić obraz o seksie, nie pokazując go? Tak, ale dzięki dwóm decyzjom. Zmodyfikowano scenariusz  i znaleziono właściwą aktorkę do głównej roli. Ponadto, narratorem został zwyczajny Paul. I tak powstała, nie budząca oburzenia, lekko dwuznaczna komedia romantyczna. Głosy twierdzące, że fabuła powieści nie jest należycie hollywoodzka cichły, muzyka Manciniego i piosenka „Moon River” dostały po Oscarze, a Givenchy rozpoczął nieprzemijającą modę na małą czarną, w której na ekranie pokazała się „chuda jak patyczek panienka o wzroście stu siedemdziesięciu centymetrów i wymiarach 80-56-80.”

No i sama „panienka”. Wybór Hepburn był prawdziwym majstersztykiem. Aktorka kojarzona przede wszystkim z „Rzymskimi wakacjami”, a więc dziewczęcą, niewinną bohaterką, odczarowała wulgarną zmysłowość bohaterki powieści. Na marginesie, niewiele brakowało, by tytułową rolę otrzymała Marylin Monroe. Oczywiste, że ciężko byłoby wtedy uchronić  graną postać przed napierającą zmysłowością i erotyzmem. A tak „/…/ krytycy przypatrując się pozbawionej domu dziewczynie, stworzonej na nowo przez Audrey Hepburn, wyrażali opinię, że Holly Golightly bardziej zasługuje na współczucie niż na słowa potępienia ze strony cenzora. „The New York Times” określa ją jako «walentynkę miłości»”. Czyli mamusie, jak pisze Wasson, nie muszą się martwić; ich dorastające pociechy zobaczą „zwykłą historię miłosną o zwykłej dziewczynie, która lubiła się bawić”.

Chciałem przeczytać książkę o szczęśliwej Ameryce początków drugiej połowy XX wieku, o atmosferze Hollywood tamtych lat. Przekonać się, czy Hepburn i w życiu prywatnym była również tak oniryczna i zjawiskowa, jak na ekranie. I dotrzeć, skąd się bierze fenomen  „Śniadania u Tiffany’ego” . Nie tylko wszystko to otrzymałem, ale jeszcze cieszę się ze szczególnego bonusu. „Piąta aleja. Piąta rano” jest napisana tak sugestywnie, że dziś wieczorem, kolejny raz, na prawie dwie godziny z rozkoszą przeniosę się do świata pewnego filmu.

Mam jeszcze chwalić Sama Wassona?