WIELKI, DUŻY I OGRÓDEK. SIERPIEŃ NA BLOGU


To był ostatni miesiąc, w którym niepodzielnie gospodarowało lato. Od dawna w sierpniu i jeszcze w początkach jesieni na liczniku mojego samochodu szybko pojawiają się kolejne tysiące kilometrów. Jakbym chciał zdążyć przed jesiennymi szarugami, naoglądać się krajobrazów na zapas, zanim wszystko sposępnieje. Siłą rzeczy, mniej wtedy czytam, co widać wyraźnie w blogowym spisie treści. Są w nim tylko dwie książki. Za to zwiedziłem sobie całkiem spory kawałek Polski; przygotowuję kolejne relacje z sierpniowych eskapad. Co się więc działo i dlaczego?

Na początku każdego miesiąca zawsze zastanawiam się nad planem wyjazdów, z których przywiozę materiał do reportaży. Potem często życie (i pogoda) weryfikują plany. No i najczęściej pojawia się jeszcze coś, co zresztą lubię – zaskakująca zmiana programu. Na przykład, nie zakładałem w pierwszych dniach sierpnia, że ukaże się relacja, w której katowicki rynek będzie głównym bohaterem. Wystarczyło jednak podsłuchać rozmowę spacerujących tam starszych panów, którą przytaczam na końcu artykułu (tak, nie od dziś wiadomo, że podsłuchiwanie też może inspirować), bym po kilku dniach wrócił na rynek obładowany sprzętem fotograficznym. Co się okazało? Właśnie ta relacja pobiła w miesiącu rekordy odsłon.

Ogólnie, blogowy miesiąc był bardzo „zielony”. O parku z topolami i słynnych już palmach katowickich nie będę wspominał, można je sobie pooglądać w relacji. Prawdziwy powrót do natury, w bardzo różnej skali i wielkości, dostrzec mogli cierpliwi czytelnicy w trzech innych miejscach.

Co mają Goczałkowice – Zdrój wspólnego z przyrodą? Zdaje się, że łatwiej będzie odpowiedzieć, czego nie mają. To małe uzdrowisko niedaleko Bielska-Białej położone jest wyjątkowo malowniczo. Wokół lasy, pola, stawy, ogromne Jezioro Goczałkowickie rozłożone na trzydziestu dwóch kilometrach kwadratowych. I jeszcze zjawiskowe Ogrody Kapias. Dlaczego nie ma w Goczałkowicach turystycznego tłoku? Sam się dziwię i cieszę, bo miejsce sprzyja kojącemu oderwaniu od zgiełku dużych miast. W końcu jest ich w bliskiej odległości największe nagromadzenie w Polsce.

Dlaczego w takim razie wspominam w relacji o nudzie? Ponieważ w małym epizodzie pojawia się pewna pani, o której można w reportażu przeczytać i szybko zapomnieć.

W Mikołowie kilka lat temu założono ogród botaniczny. To dopiero okres niemowlęctwa w jego życiorysie, ale już teraz jestem pewny, że za kilkanaście lat (czyli dla ogrodu – za chwilę) fotograf nie będzie miał miejsca w tłumie turystów na rozłożenie statywu. Piękny, wielki teren. Warto cieszyć się do woli sielankową ciszą i obserwować zachodzące zmiany, dzięki którym park wejdzie kiedyś w wiek przedszkolny.

I pora na trzecie miejsce w kategorii: powierzchnia zieleni opisana na sierpniowym blogu. Ogród, a naprawdę mały ogródek, jest tuż za moim parkanem. Należy do cioci Emilii, która mając ponad osiemdziesiąt lat mogłaby obdzielić wigorem i pogodą ducha wielu młodych, którzy z narzekania zrobili sobie niemal dyscyplinę sportową. A że ciocia potrafi jeszcze obdzielić i własnoręcznie upieczonym ciastem, to nic dziwnego, że należy do moich ulubionych.

kwiaty w ogrodku jpg.

W jej ogródku od wczesnej wiosny aż do października nieustannie coś kwitnie. Nic dziwnego, że często zjawiam się tam z aparatem. Tym razem postanowiłem poeksperymentować i pozwoliłem roślinom poruszać się, jak im się żywnie podoba. I co się okazało? Jak bardzo półsekundowa ruchliwość kwiatów całkowicie zmienia zarejestrowany obraz można bez trudu sprawdzić w galerii. Zdecydowanie łatwiej o dobrą fotografię, kiedy sam decyduję o wszystkim niż kiedy reżyserem staje się wiatr. Tylko jedno na kilkanaście ujęć nadawało się do dalszej obróbki; lepiej sobie nie wyobrażać kosztów takiej sesji, gdyby nie (prawie) bezpłatny zapis cyfrowy.

kwiat jpg.

fotografia kwiatów jpg.

kwiat jpg.

Łagiewniki, bo tak zwyczajowo już nazywa się Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w tej krakowskiej dzielnicy, z ogrodem nie mają wiele wspólnego (poza uprawianym przez Siostry na własne potrzeby), ale możesz mi wierzyć – gdybyś poczuł, że pęd życia staje się nieznośny i szukał czegoś w rodzaju psychicznego hamulca bezpieczeństwa dla skołatanych nerwów to pielgrzymkowe miejsce niejednemu pomogło roztropnie zwolnić.

Już teraz zapowiadam wrześniową, drugą część relacji stamtąd. Tym razem z sąsiadującego z Sanktuarium Centrum Jana Pawła II. Znajdzie się w niej zagadka: dlaczego, jeśli z jakichś powodów nie możesz dotrzeć do ukochanych Włoch, a chcesz tego bardzo, alternatywą może być przyjazd do Centrum.

łagiewniki jpg.

Z całej masy zalegających półki poradników wyłowiłem w sierpniu książkę Ewy Kozioł „Wyrzuć chemię z domu”. Sporo w niej konkretów na temat zagrożeń dla zdrowia płynących z bezkrytycznego korzystania z wszędobylskiej chemii i jeszcze więcej porad, jak się temu przeciwstawić. Choć autorka ma tendencje do przesady (dezodorant z sody oczyszczonej i mąki ziemniaczanej!) to zdecydowana większość zaleceń jest do wprowadzenia w życie niemal natychmiast. W pięciostopniowej skali – moje cztery minus.

wyrzuć chemię z domu jpg.

Na pełne cztery oceniam najnowszą powieść Jacka Dehnela „Krivoklat”. To, oparta na faktach, historia pacjenta zakładu psychiatrycznego, który czas na przepustkach wykorzystuje na oblanie kwasem siarkowym kolejnego arcydzieła w którymś ze słynnych muzeów. Co dziwne, ten człowiek, dzieląc się swoimi przemyśleniami na temat sztuki, miłości, kondycji społeczeństwa, miejsca w nim jednostki, potrafi wzbudzić niemało sympatii. A właściwie tak dużo, że z niepokojem pomyślałem, czy to aby nie mój przyszły kolega.

krivoklat jpg.

Powieść napisana jest dehnelowskim stylem, co oznacza, że z wielką przyjemnością można się zatopić w zdaniach budowanych z rzadką we współczesnej literaturze maestrią. Bez owijania w bawełnę, Jacek Dehnel panuje, jak mało kto, nad językiem, a więc również nad związkami, które niemal zawsze brzmią znajomo, a nazywają się obco – frazeologizmy, tak jak ten o bawełnie. Po raz kolejny w sierpniu wyjaśniłem pochodzenie kilku. Z reakcji czytelników wynika, że najbardziej zaciekawiły o liszce i duperelach.

Wrzesień oznacza, że wszyscy wracają z radością i śpiewem do roboty. W ramach współzawodnictwa pracy zwiększam częstotliwość wpisów i już zapowiadam najbliższy – z niewielkiego miasta, które pokażę na fotografii czarno-białej w rzadko spotykanej wersji: podczerwieni.

(Fotografie w dzisiejszym podsumowaniu nie były we wcześniej na blogu prezentowane. Po kliknięciu powiększają się.)