WIELKI POST I MAŁE PYTANIE


Potężna moda na diety i różnego rodzaju posty ani myśli przemijać. Trochę poszukiwań i każdy znajdzie coś właściwego dla siebie. A później już tylko mniejsza lub (rzadziej) większa doza samozaparcia aż do chwalebnego fit sukcesu. Z jednym wszak wyjątkiem – dobrej prasy nie ma od dawna Wielki Post. Tyle – można powiedzieć – oficjalny komunikat. Bo przecież na przekór trendom, modom tysiące ludzi coś sobie na jego początku postanawia, z czegoś rezygnuje. Od słodyczy (nie stać mnie) po wyłączenie na czterdzieści dni radia i telewizji (daję radę) oraz internetu (znasz odpowiedź, czytając ten tekst). Siłą rzeczy, żadna z tych osób nie rezygnuje z dokuczliwej codzienności, tylko przechodzi na inną prędkość. W spowolnionym rytmie zaczyna widzieć szerszy wymiar, który wcale nie musi się kończyć wraz z nadejściem Świąt Wielkanocnych.

Najbardziej utytułowany zawodnik w historii biathlonu, Norweg Ole Einar Bjørndalen,  zapytany o sekret swoich sukcesów, odpowiedział: “Aby nie stracić motywacji, wprowadziłem kilka ważnych zasad w moim życiu. Najważniejsza to wystrzegać się jakiejkolwiek formy luksusu, ponieważ właśnie on sprawia, że człowiek czuje się zadowolony i traci chęć do walki”. Jak to zrobić, skoro każdego dnia jestem bombardowany przekazem, który można sprowadzić do wspólnego mianownika – sytość jest wyznacznikiem jakości życia. Każdy rodzaj głodu obniża ją, więc czym prędzej – wmawia mi się – trzeba go zaspokoić. “Dobrze ci w życiu? Przecież może być dużo dużo lepiej. Jest lepiej? Może być cudownie”. Dowiaduję się przy okazji, jakie są naprawdę moje potrzeby. Długie zestawienia “must have” w kolorowych magazynach natarczywie mi o nich przypominają. Nic, że o większości jeszcze chwilę wcześniej nie miałem pojęcia. Jak w dowcipie o chłopcu pytanym w czasie spowiedzi, czy wyciągał nożem pieniądze ze skarbonki. “Nie, ale to świetny pomysł” – usłyszał ksiądz.

To dlatego napisałem, że Wielki Post nie ma dobrej prasy. I mieć nie może, bo tyle jeszcze do zaspokojenia, zdobycia, zaliczenia. Ale już w następnym zdaniu dodałem, że wielu ludziom intuicja podpowiada, że to ślepy zaułek. Właśnie Wielki Post jest najlepszym czasem, bym i ja sobie przypominał, że materialne obżarstwo (to dosłowne również) potrafi mnie nie tylko wyjałowić, ale też sprawić, że staję się niewolnikiem rzeczy, ambicji, wyobrażeń. Jałowo przeżywającym rzeczywistość, która okazuje się płytka i rozproszona.

Co najczęściej robię, czując pustkę wynikającą z faktu, że wszystkiego wokół za dużo? “Zagaduję” ją czym się da – paplaniną, jedzeniem, bodźcami. Do porządku przywołuje mnie dopiero Wielki Post. Ważne czterdzieści dni w moim przeżywaniu roku. Nie wiem, czy byłbym w stanie samodzielnie wyznaczyć sobie taki czas, żeby popracować nad sobą i swoimi skłonnościami.

Dociera do mnie na przykład, jak bardzo wszystko kręci się wokół jedzenia. Księgarnie zawalone książkami kucharskimi, poradnikami licytującymi się na skuteczność stosowania rozmaitych diet. Z telewizyjnych kanałów wylewają się tony mniej lub bardziej wymyślnych potraw. W takim natłoku kulinarnego hedonizmu gubię sens, istotę posiłku.

Żyjący w IV wieku Ewagriusz z Pontu, jeden z wielkich ojców pustyni, w swojej nauce o ośmiu demonach, na pierwszym miejscu umieścił obżarstwo.  W tym względzie natura ludzka jest niezmienna – człowiekowi obżartemu nigdy nie myśli się dobrze. Nie przypadkiem w moim ulubionym średniowieczu poszczono w czasie Wielkiego Postu i Adwentu, ale też w dni poprzedzające święta i w każdą środę, piątek i sobotę. Bez całej armii dietetyków i coachów żywieniowych utrzymywano mądrą równowagę między ciałem i duszą.

Wdzięczny jestem za te kilka tygodni otrzeźwienia. Za udowodnienie, że jestem w stanie wykorzystać daną mi wolną wolę w taki sposób, że panuję nad zachciankami i pokusami. I to ja je kontroluję, a nie one mnie. A druga część zadania polega na tym, żebym w związku z tym nie spoglądał na innych z góry . “Ja poszczę, oni nie. Ja rezygnuję, oni korzystają. Ja się umartwiam, oni czerpią przyjemności. Jestem lepszy, tamci gorsi”.

Prawdziwy test pokazujący, jaki jest sens Wielkiego Postu nie przychodzi wraz z zakończeniem tego okresu, ale po Wielkanocnych Świętach. Skończyła się czterdziestodniowa walka, smak zwycięstwa gdzieś się ulatnia, a zaczyna zwyczajność z tak dobrze znanym wysuwaniem własnych potrzeb, egoizmem, biadoleniem, myśleniem o sobie w kategoriach niezwykłości, pielęgnacją urazów.

Wtedy przychodzi najwłaściwsza pora, by zadać sobie małe pytanie: kim naprawdę jestem?

Żeby tak mieć odwagę i choć raz zdobyć się na uczciwą odpowiedź.


  • Był taki rzymski malarz, Protogenes. Podobno kiedy malował nowy obraz, nie jadł nic poza gotowanym bobem, którego wcześniej przyrządzał sobie spory zapas. I miał bardzo dużo racji – nie musiał odrywać się od pracy dla spraw bardziej przyziemnych. To niesamowite, jak ludzie łatwo wpadają w sidła codzienności, nawet ci, którzy wydają się przebywać raczej w świecie idei niż przedmiotów. Jak choćby studenci polonistyki, którzy potrafią jednocześnie czytać najcudowniejsze poematy i myśleć o stojącej na gazie zupie pomidorowej (w wersji uboższej: zupce chińskiej). Denerwuje mnie to – bardzo mnie denerwuje, że sama tak robię. Na szczęście mamy Wielki Post, jest od czego zaczynać zmiany, jest na czym się oprzeć.

    • Czytałem gdzieś o siostrach zakonnych, które w Wielkim Poście mogą jeść do syta. Tyle że przez cały czas jego trwania, nie jedzą nic poza kaszą.
      Zapomina się, że jednym z wyznaczników dobrego przeżycia postu i skupienia mu towarzyszącego jest monotonia. Zdaje się, że ponad dwa tysiące lat temu wiedział już o tym poganin, Protogenes.