„Wihajster do godki. Lekcje śląskiego” Barbary Szmatloch


Młodo dziołcha wleciała uradowano do izby i pado: – Babko, pamiętocie wy jeszcze jak wos kto pierwszy roz pocałowoł? – Kaj tam, jo już nawet łostatniego nie pamiętom. Albo ten: Kulomiot do trenera: – Dzisioj musza pokozać klasa. Na trybunie siedzi moja teściowo. – Eee, niy dociepniesz. Te same dowcipy opowiedziane literacką polszczyzną już tak „nie smakują”. Brakuje intonacji, dwuznaczności, swojskości. Barbara Szmatloch, Ślązaczka z dziada pradziada, przypomniała mi w książce „Wihajster do godki. Lekcje śląskiego” bogaty świat Górnego Śląska. Świat, którego już nie ma albo odchodzi razem z pokoleniem dziadków.

Gdzie w Polsce mówi się najpłytszym językiem? Od dawna wiadomo, że na terenach, gdzie gwara nie jest w zwarciu z literacką polszczyzną. Czyli najkrócej, na tzw. Ziemiach Odzyskanych, na których żyją ludzie wyrwani ze swoich korzeni przed czterema pokoleniami. Nie, nie chodzi o ilość popełnianych błędów. Przeciwnie, rzecz w tym, że ich język jest zbyt poprawny. Przypomina telewizyjno-gazetowy. Brakuje w nim smakowitości, jaka zawsze tworzy się w zmaganiu gwary z polszczyzną oficjalną.

Nie mam wątpliwości, że tę szczególną „dwujęzyczność” należy traktować w kategoriach daru. Mniej nawet istotne słowa, czy jedyna w swoim rodzaju intonacja. Ważniejsze, że każdy język, w tym i gwara, otwiera świat odkryć dla wyobraźni, nieznane sposoby nazywania uczuć i tego wszystkiego, co wokół nas. Piszę o tym, ponieważ ten szczególny rodzaj miłości do śląskiego dialektu, zrozumienia, jak bardzo potrafi on wzbogacać, widzę u Barbary Szmatloch.

Downi jodało sie w doma, a do roboty brało „klapsznity” (kanapki) z „bajlagom” (wędliną, serem) abo ino z „tustym” (smalcem) i „malckawa” (kawa zbożowa) we flaszce.

Autorka od dzieciństwa mówiła gwarą, bo tak wyłącznie porozumiewano się w rodzinnym domu. Po śmierci rodziców postanowiła spisać wspomnienia z tamtych lat. Tak powstała niezwykła opowieść o zapachu kuchni, zmarszczonym kołocu, winszowaniu na bezrok, bonbonach na choince i karlusach, którzy jej pszoli. Nie wszystkie wyrazy zrozumiałe? Na szczęście te trudniejsze są od razu w tekście przekładane.

Na „frisztik” (śniadanie) zawdy była „mylzupa” (zupa mleczna) z „hawerflokami” (płatkami owsianymi), a do chleba „talorek” (plasterek) „prezwusztu” (salcesonu) abo „smażonka” (jajecznica).

Ino „bajtle” (dzieci) dostowały „żymły” (bułki) i „bryjtle” (mleczne bułki). Za to w niydziela jodało sie „ajerkuchy” (naleśniki)) abo grzono „knobloszka” (parówka).

Nigdy u nos niy było tego, coby sie karlus i libsta „łobłopiali” (obejmowali) na drodze, dowali se „dzióbka” abo „kusika” (całusa).

Już te kilka wybranych cytatów pokazuje, że nie jest to książka tylko o gwarze, a barwna historia o śląskim świecie. Jego zwyczajach, rytmie rodzinnego życia, tradycji, codzienności i obchodzeniu świąt, „normalnych” radościach i smutkach. A na tym autorka zna się jak mało kto. Skromnie ujawnia we wstępie źródło inspiracji: „Kożdy chciołby cosik po sia (sobie) łostawić. Swoje lata już mom, prochu to jo już niy wymyśla, ale moga zrobić coś, co poradza.” I w ten oto sposób pojawił się „Wihajster do godki” – melancholijno-żartobliwa opowieść o Śląsku.

Nojwyży był to „handkus” (pocałunek przekazany ręką), a i tak po kryjomu, nigdy „ofyn” (bezpośrednio). Przi ludziach niy było tyż żodnego „halanio” (głaskania). Dopiyro po „smowinach” (zaręczynach) modzi mogli iś se razym na szpacyr, ale w bioły dziyń i nigdy do lasa.

Nikerzi pedzom, co jo jes „stary daty” (zacofana), ale psinco prowda. Kożdy sie „miarkowoł” (miał umiar), coby „frelce” (pannie) i swojym łojcom niy narobić gańby. Wiadomo, co kożdy „absztyfikant” (zalotnik) chcioł sie dziołszce „przichlybić” (przypodobać) i dowoł ji gyszynki. Zeszczelył papiorzane blumy w „szizbudzie” (strzelnicy) na łodpuście abo „srogi” (duży) lizok, mog ji tyż fondnońć jazda na „kecioku” (karuzeli łańcuchowej). Dopiyro jak sie miało ku żyniacce, dowało sie jakoś „medalyjka na kecie” (medalik na łańcuszku), „armband” (bransoletkę), a jak kogoś było stykać, to pieszconek.

 

Dla kogo „Wihajster do godki”? Dla wszystkich, którzy lubią przypatrywać się językowi polskiemu w jego wielu wariantach. Zwłaszcza dla mających świadomość, że gwara śląska to nie tylko intonacja czy znaki graficzne, ale coś znacznie więcej. A dowcipne, lekkie i autoironiczne teksty to szczególny bonus. Lektura ze strony na stronę staje się coraz większą frajdą, a teksty coraz bardziej jasne, zrozumiałe, często i śmieszne (co jak co, poczucia humoru autorce nie brakuje).

Zanurzmy się w śląską gwarę. Tym językowym wihajstrem, czyli szperchokiem można otworzyć niepowtarzalny świat. Nawet, jeśli ze śląskiej godki rozumiesz kilka słów, a fecht (żebranina), hebama (położna), pragliwy (chciwy) budzą niepokój, Barbara Szmatloch poprowadzi za rękę.

Spaceru z tak uroczą Ślązaczką szybko nie zapomnisz.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

ŚLĄSKIE WICE. CZY GWARA POMAGA DOWCIPOWI?
14.03.2019
PARK TRADYCJI W SIEMIANOWICACH ŚLĄSKICH. PERŁA NA UGORZE
06.11.2018
zameczek w Michałkowicach
„ZAMECZEK” W MICHAŁKOWICACH. CZYLI GDZIE?
25.09.2018
HUMOR ŚLĄSKI. NIEPODOBNY DO INNYCH
30.12.2017
„ZACZĘŁO SIĘ OD ZIARNA”. WIĘCEJ NIŻ TYLKO NAZWA WYSTAWY
11.10.2017
TYKNIJ TUKEJ. GWARA ŚLĄSKA W NATARCIU
04.10.2017
ŚLĄSKIE PRZEKLEŃSTWA, CZYLI JEZDERYNY ZAMIAST WULGARNOŚCI
29.07.2016
GWARA ŚLĄSKA. ROMA TO NIE ZAWSZE RZYM
20.06.2016