WOJCIECH MŁYNARSKI „OD ODDECHU DO ODDECHU”


– To Młynarski umarł? Patrz pani, a taki młody. – Ten zasłyszany fragment rozmowy dwóch starszych pań wcale mnie nie zdziwił. W gruncie rzeczy, na wiadomość o śmierci artysty zareagowałem podobnie. Obraz chudego dwudziestokilkulatka wyraziście, z precyzyjną dobitnością i zaangażowaniem śpiewającego swoje piosenki, z taką siłą utkwił mi w pamięci, że kilkudziesięciu następnych lat zwyczajnie jakoś nie zauważyłem. Podobnie zareagowałem kilka miesięcy temu na wieść o śmierci w wieku siedemdziesięciu dziewięciu lat Andrzeja Kondratiuka, którego wciąż widzę jako młodego brodacza w „Gwiezdnym pyle” i „Wrzecionach czasu”. Zaskakująco osobliwie meandruje czasem pamięć.

Dziwna sprawa. Byłem przekonany, że biorę z półki autobiografię. Gruby tom, na okładce czarno – biały portret, na nim napis: Wojciech Młynarski „Od oddechu do oddechu”. Traf chciał, że otwarłem jedynie na przedmowie. W domu okazało się, że książka stanowi zbiór kilkuset tekstów wierszy i piosenek, spośród ponad dwóch tysięcy, jakie poeta napisał. A słowo wstępne, autorstwa Jerzego Bralczyka, przyczyna całego nieporozumienia, zajmuje zaledwie kilka stron. Pomyłka, ale jak się rychło okazało, jakże szczęśliwa.

Co się okazuje, kiedy zostawiamy na boku tło muzyczne, interpretację wokalną, a pozostaje „nagi” tekst? To mianowicie, że tzw. tekściarstwo w wykonaniu Młynarskiego potrafi być kunsztowną poezją. Tylko z pozoru lekką i mało absorbującą. Naprawdę zaś, co uderza dopiero w trakcie lektury, pełną błyskotliwych aluzji i mądrych wniosków.

Po co my tu główkujemy,
wytężamy się od nowa,
po co dopasowujemy,
jak się nie da dopasować?!
      Ja bym mógł do ciemnej nocki
tak układać z wami razem,
      Ale dajcie nowe klocki –
albo zmieńcie ten obrazek!
„Układanka”, 1977
 
Co więcej, jest poezją znaną kolejnym pokoleniom. I we fragmentach cytowaną przez nas każdego dnia. Bodaj tylko o trzech jeszcze twórcach piosenek można wypowiedzieć podobne słowa: Jeremim Przyborze, Agnieszce Osieckiej i Jonaszu Kofcie.
Młynarski tworzył teksty od 1963 roku po 2015. Dobrze, że w tomie zachowano chronologię ich powstania. Z jednej strony, prześledzić można, jak zmienia się ton pisanych tekstów: od biczującej satyry na codzienność po nostalgię i zadumę. Z drugiej, wnikliwszy czytelnik bez trudu odnajdzie tropy wiodące w stronę ważnych momentów polskiej historii i przypomni doświadczane na sobie albo znane obrazy z życia PRL-u i swojego codziennego. Okazuje się, że kolejne pokolenia często nazywały tę rzeczywistość cytatami poety.
 
„Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie”, „Ludzie to kupią”, „Jeszcze w zielone gramy”, „Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę”, „W co się bawić”, „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”, „Szare komórki do wynajęcia”, „Przyjdzie walec i wyrówna”, „Nie mam jasności w temacie Marioli”, „Pan mnie przyswaja?”, „Nie ma jak u mamy, ciepły piec, cichy kąt”, „W Polskę idziemy”, czy znienawidzone przez cenzurę stanu wojennego, a wciąż prawdziwe i aktualne (choć w szczegółach sens potrafi być dzisiaj zgoła odmienny) – „Róbmy swoje!”.
 
W znakomitym wstępie Jerzy Bralczyk pisze: „Młynarski daje mi wiele radości. Wynikającej z kunsztu formy, z międzytekstowych i międzystylowych zabaw, z pokazywania wielostronnych nieoczekiwanych możliwości językowych. Z operowania niespodziewanie dopuszczalnymi znaczeniami nieoczywiście przywołanych słów. I jednocześnie z nieodpartego poczucia swobody w tym wszystkim. Radości z odczuwania – oby uprawnionych – różnych odmian wspólnoty, wspólnoty myślenia, emocji i chęci. Radości z uznania, że można pisać mądrze i prosto, jasno i głęboko, ciekawie i prawdziwie, żartobliwie i zarazem poważnie. I że jest ktoś, kto tak pisze, jak sam bym chciał. I mówi mi to, co sam bym chciał sobie powiedzieć, gdybym na to wpadł. I gdybym umiał.”
 
„I gdybym umiał”. Ileż to razy w trakcie lektury ogarniała i mnie ta filologiczno – erudycyjna zazdrość. Bo Młynarski, co tu dużo mówić, był arcymistrzem wyczucia słowa i obserwacji życia. Niewielu jest mu w stanie dorównać w inwencji językowej, wydobywaniu na światło dzienne pełnych dowcipu aluzji, w słownych grach, sztuce aliteracji  i kunsztownych rymach.
 Sprawdźmy na przykładzie jednego z moich ulubionych utworów:
 
„Obiad rodzinny”
 
Nie ma nic milszego, niech, kto chce mi wierzy,
niż rodzinny obiad w sielskiej atmosferze,
obrus świeży leży,
starsi znad talerzy
do młodzieży szczerze szczerzą się.
Wujek Leon z punktu ku kuzynkom czterem,
z odpowiednim zmierza żartem czy duserem,
dziadzio je z orderem,
kuzyn z propellerem,
ciocia tartym serem sypie w krąg.
     Tak co dnia
     obiad trwa,
     wdzięków moc
     w sobie ma.
Obserwować choćby można z przyjemnością
jak się wujek Leon zawsze dławi ością,
czyni to z godnością,
rzeczy znajomością,
wuj z natury powściągliwy jest.
A ciotunia w każde danie wciąż
sypie ser, żółty ser, tarty ser
bo pasuje do wszystkiego tarty ser,
czasami kuzyn co ma propeller,
twierdzi, że to jest nie fair.
A dziadunio tak zabawnie gryźć
umie wąs, prawy wąs, prawy wąs,
bo przeszkadza mu w konsumpcji prawy wąs,
kuzynki mają przez to oczopląs,
nie chcąc sosów tknąć ni miąs!
Ciocia chciała kiedyś skonać na anewryzm
bo dziadziowi nagle order wpadł w hors
d’oeuvre’y
i na wpół go przegryzł
podśpiewując: „Every –
body loves somebody, smaczne to!”.
Tak to w atmosferze sielskiej i intymnej
zwykł przebiegać zawsze obiad nasz rodzinny,
wuj się dławił siny,
kuzyn robił miny,
i ciociny tarty ser mdlił nas.
     Mdliłby tak
     do dziś dnia,
     gdyby nie
     sprawa ta…
Że raz dano zraz czy bitki zdobne w nitki,
a do zrazu zrazu chrzan, a potem grzybki,
no i przez te grzybki
chłód rodzinnej kryptki
nazbyt szybki dał obiadkom kres…
Tak, cieszę się z pomylenia biografii z antologią tekstów piosenek. Nie sądzę, aby życiorys Młynarskiego, który chciałem przeczytać wciągnął mnie bardziej niż zamieszczone wiersze. A właściwie jestem tego pewien. Lektura z reguły wyglądała tak, że zamierzałem książkę zamknąć, ale za każdym razem błysnęło: „no może jeszcze jeden”. I tak kolejnych kilka, kilkanaście. Teksty nie dość, że tematycznie niesłychanie różnorodne to zaskakujące aktualnością i nienachalnym bogactwem języka. Czego chcieć więcej, jeśli  jeszcze w nich poetycko opisany i kawał naszej historii, i  świadectwo zmieniających się obyczajów.
 
Poza tym, jeśli zestawimy dwa, przedzielone półwieczem, fragmenty mamy prawo przypuszczać, że poznajemy również zapis przemijania samego autora. Od radosnego optymizmu, witalności właściwej wiekowi młodemu po melancholię powolnego odchodzenia:
 
Jedni mają swój intymny mały świat,
drudzy mają trochę zalet, trochę wad,
albo forsę i z tą forsą wielki kram,
lub pretensje i kłopoty – a ja mam
    Światowe życie! Szum i gwar
 
„Światowe życie”, 1965
 
Smuteczku mój, cichutki domowniku,
Od dawna już przyjaźnię z tobą się,
Kłopotów mych rój i zmartwień bez liku
Wciąż powierzam ci i mniej mi źle.
Smuteczku mój, serdeczny powierniku,
Ileż to lat ta przyjaźń już trwa
I świadkuje jej często w chwili złej
Na ustach słona łza.
 
„Smuteczku mój”, 2015
 
A niejeden z czytelników odnajdzie tu również opisanie własnych życiowych losów. Powtarzając za autorem wstępu, Młynarski „mówi mi to, co sam bym chciał sobie powiedzieć, gdybym na to wpadł.”
 
Muszę jeszcze polecać?
 
 
 
 
 
 
 


TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

MŁYNARSKI ZADZIORNYM KLASYKIEM, A TU TAKA SZTAMPA
04.09.2018