WOJSŁAWICE. RAJ ZA PIĘTNAŚCIE ZŁOTYCH (cz. I)


Lubię wracać do miejsc, w których już byłem. I lubię poznawać nowe. Da się pogodzić? Oczywiście! Wojsławice są tego najlepszym przykładem. Za każdym razem inne i do odkrywania, choć w tym samym miejscu od ponad stu lat. Miłośnicy ogrodów wiedzą, o czym mówię. To arboretum, czyli park z kolekcją rzadkich odmian drzew i krzewów, położone pięćdziesiąt kilometrów od Wrocławia.

Właściwie to już nie tylko sam – wyjątkowej urody – park, ale dobrze zarządzane, duże przedsiębiorstwo, które potrafi zadbać o gastronomię, rozrywki dla dzieci, festyny, kiermasze, sprzedaż pamiątek, imprezy i wykłady związane z ogrodnictwem. Sprawnie, z pomysłem, na dużą skalę, ale nikt nie ma wątpliwości, że na pierwszym planie znajduje się, na szczęście, arboretum.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

Na zwiedzenie całości potrzebne są minimum trzy godziny. I raczej nie uda się szybciej (spieszyć się w takim miejscu?). Jeśli ktoś wchodzi na teren po raz pierwszy, najczęściej nie zdaje sobie sprawy, jakie niebawem przeżycia go czekają. Muszę wymienić choć kilka liczb, żeby udowodnić, że Wojsławice są warte przyjazdu nawet z odległych miejsc Polski; zresztą, w trakcie sesji spotkałem wycieczkę ze Szczecina, a na wielkich parkingach widać przeróżne tablice, nie tylko polskie.

Cały obszar parku to aż sześćdziesiąt dwa hektary, z tego zabytkowa część rozgościła się na pięciu, rabaty bylinowe na trzech, a sad historycznych odmian czereśni na dwunastu. Prawie pięć tysięcy odmian bylin, niewiele mniej roślin drzewiastych. Samych gatunków rododendronów jest dziewięćset!

Nieraz już pisałem w relacjach z podobnych miejsc, że każdy park botaniczny, zaś arboretum przede wszystkim, potrzebuje czasu. Dużo czasu. To taki szczególny przypadek, kiedy młodość w pokorze czeka. Bo najbardziej atrakcyjny jest wiek dojrzały, nawet starość.  Ten warunek Wojsławice spełniają z powodzeniem. A młode parki botaniczne swoich dni chwały muszą cierpliwie wyglądać, co wcale nie znaczy, że pozbawione są właściwego sobie uroku (dobrym przykładem pozostają ogrody w Mikołowie i, całkiem niedawno założony, w Radzionkowie). Podwrocławski ogród to przy nich nobliwy senior.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

Najpierw był w tym miejscu las liściasty. W 1825 roku, właściciel dóbr, Rudolf Freiherr von Canitz und Dalwitz, przekształcił go w park dworski. A rzeczywiste początki oglądanego dzisiaj to rok 1880, zakup całego majątku Wojsławice i założenie w tym miejscu arboretum przez Fritza von Oheimba. Nie dość, że ten ziemianin był autorytetem w dziedzinie dendrologii (drzewoznawstwa), to jeszcze obdarzony zmysłem artystycznym spojrzał na tworzony park jak na obraz, który należy z rozmysłem, precyzyjnie skomponować. Jak widać i dzisiejszy właściciel – Uniwersytet Wrocławski, z tej idei ani myśli rezygnować.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

Oheimb poświęcił ogrodowi całe dorosłe życie. Od dzieciństwa cierpiał na astmę, więc wszyscy wiedzieli, że – inaczej niż jego trzej bracia – nie zostanie wojskowym. W Wojsławicach zamieszkał w wieku trzydziestu jeden lat wraz z poślubioną tam żoną Bertą. Mógł spokojnie poświęcić się pasji, jaką były – budzące zachwyt i dziś – różaneczniki. Miał do nich szczególny sentyment, ponieważ… uratowały mu życie.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

Otóż w młodości jako astmatyk często przebywał na leczeniu w Alpach Szwajcarskich. W czasie jednego ze spacerów osunął się z niemal pionowej ściany skalnej i dopiero krzaki różanecznika alpejskiego zatrzymały spadające ciało. To za sprawą dramatycznej przygody, w 1920 roku troskliwie uprawiał już ponad cztery tysiące tych roślin w około trzystu odmianach. Minął niemal wiek, a kwitnące krzewy nadal oszałamiają bogactwem kolorów. Tylu trzaskających aparatów i smartfonów dawno w jednym miejscu nie widziałem. Chwilami miałem wrażenie, jakby wielu turystów, zamiast przystanąć, kontemplować piękno i sycić nim oczy, oglądało tę feerię barw jedynie przez moment w celowniku albo na ekranie i w dziwnym amoku podążało dalej.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

wojsławice arboretum jpg.

A zwiedzających przybywało i przybywało. Znalazłem się na terenie arboretum w niedzielny, rześki poranek jako jeden z pierwszych. Przed kasami (bilety  w cenie 15 i 10 złotych) otwieranymi o godzinie dziewiątej stało kilka osób. To, co się wydarzyło w tym miejscu wczesnym popołudniem przypomniało sceny rodem z PRL-u.  Jakie były tego konsekwencje, a także o tym, dlaczego Fritza von Oheimba wzywano na posiłki przez megafon i o dziwnych właścicielach powojennych – w następnej części relacji.

Korzystałem z publikacji Arboretum Wojsławice

(miniatury po kliknięciu powiększają się)