ZAMEK OLSZTYN. ŚWIT WRZEŚNIOWY


Pora na zwiedzanie być może i nieco dziwna, ale na sesję zdjęciową w plenerze jedna z najlepszych. Z chwilą pojawienia się nad horyzontem słonecznej kuli rozpoczyna się wielkie, choć krótkie przedstawienie. Trwa zaledwie około godziny i daje w fotografii efekty tak intensywne, że aż bajkowo odrealnione. Nawet dobrze znane, po wielokroć oglądane miejsca zmieniają się nie do poznania. Tak bardzo, że zawsze się zastanawiam, czy nie będę posądzony o photoshopową zabawę z żonglowaniem kolorami. Dlaczego tak niezwykłe światło wykorzystywane jest rzadko? Na myśl przychodzi mi tylko jedno wyjaśnienie. Chodzi zapewne o bardzo wczesną pobudkę. Żeby fotografować na początku września o świcie zamek Olsztyn, musiałem się zerwać o czwartej nad ranem. Warto było?

Słońce wschodziło wzorcowo na czystym, niemal granatowym niebie. Oszałamiało bogactwo tonalne widzianej scenerii. Trawy i drzewa podświetlone na ciemnożółto i pomarańczowo, długie cienie kładły się na kilkadziesiąt metrów, a warowna budowla i skały z jednej strony ginęły jeszcze w ciemnym mroku, a z drugiej oświetlone zostały silnym snopem ciepłego światła. Wiedziałem, że na kontemplację tego piękna przyjdzie pora w trakcie obróbki fotografii. Teraz trzeba się skupić na szukaniu kadrów. Wszystko zmieniało się przecież jak w kalejdoskopie; już po kilku, kilkunastu minutach ujęcie przynosiło całkiem inny efekt.

W mieście nie byle jakim, bo z królewskiego nadania, zamek Olsztyn zbudowany przez Kazimierza Wielkiego w XIV wieku przeznaczony był do różnych zadań. Przede wszystkim pełnił funkcję przygranicznej twierdzy broniącej kraj przed napaściami ze Śląska i Czech oraz więzienia królewskiego. Z powodzeniem odpierał niejeden atak i oblężenie, dopiero w 1655 roku podzielił los większości warowni na dzisiejszym Szlaku Orlich Gniazd. Po grabieży i zniszczeniu przez potop szwedzki nigdy już nie wrócił do czasów świetności, co gorsza, okoliczni mieszkańcy wykorzystywali zamkowe mury do pozyskania materiału budowlanego.

Do historii przeszła bohaterska obrona zamku przed Austriakami pod koniec XVI wieku. Załogą złożoną z zaledwie osiemdziesięciu żołnierzy dowodził Kacper Karliński. Ani wielokrotne szturmy, ani ostrzał z dział czy wielotygodniowe oblężenie nie były w stanie złamać ducha Polaków. Bezradni Austriacy posunęli się do haniebnego podstępu. Z dworu w Karlinie (obecnie w granicach Zawiercia) porwali kilkuletniego syna dowódcy. Zaatakowali ponownie, wysuwając go jako żywą tarczę. W ciszy jaka zapadła na murach, Karliński miał powiedzieć „Pierwej synem Ojczyzny niźli ojcem byłem!” i pierwszy odpalił lont armaty.

Trzeba nie lada wyobraźni, żeby zobaczyć w zachowanych do naszych czasów fragmentach jedną z najbardziej potężnych warowni na granicy Rzeczypospolitej. Pierwotnie były to właściwie dwa zamki – górny, dolny i jeszcze dwa podzamcza. Całość podzielona została dwoma murami z głęboką fosą. Pomyśleć tylko, gdyby nie Szwedzi wszystko to roztaczałoby się przed oczami turysty.

A tak, zobaczyć można jedynie mury części mieszkalnej, fragmenty budynków gospodarczych i dwie wieże: cylindryczną oraz starszą, kwadratową. Zwłaszcza ta druga jest ciekawa. Nikt bowiem nie wie, po co ją wzniesiono i dlaczego grubość murów wynosi aż cztery metry. Mówi się, że obie wieże połączone są podziemnym korytarzem. Wieżę okrągłą w XV wieku podniesiono o trzydzieści metrów dla lepszej obserwacji zbliżającego się wroga i jednocześnie zwiększenia zasięgu ciężkiej broni.

W „Tygodniku Ilustrowanym” z czerwca 1863 roku znaleźć można taki jej opis: Nieco dalej, na najwyższym niegdyś w środku zamku położonym punkcie, wystrzela smukła, kilka piętr sięgająca, okrągła wieża, za uważalnię dla załogi przeznaczona. Jak się zdaje nie musiała ona nigdy znacznie być wyższą i wcale też być nie potrzebowała. Z takiej jak jest, oko mogło ogarnąć na kilka mil okolice i żałować trzeba, że brak wszelkiego wnijścia z dołu wdarcie się na szczyt jej niepodobnym dziś czyni. Widok stąd musiałby być cudownym.

Malownicze ruiny były przez kilka lat scenerią międzynarodowych pokazów pirotechniki i laserów. Jednak po zawaleniu się fragmentu muru zamkowego konserwator zabytków zakazał tego typu imprez. Za to bez szwanku zamek Olsztyn wychodzi w trakcie kręcenia filmów. Zobaczyć go można w „Czarnych chmurach”, „Hrabinie Cosel”, „Rękopisie znalezionym w Saragossie”, „Szamance”, „Młynie i krzyżu”.

Po godzinie sesji zdjęciowej temperatura światła zaczyna przybierać powoli swoją „normalną”  dzienną barwę.

Z zamkowego wzgórza rozciąga się widok na całe, uśpione jeszcze, miasteczko i okolicę. Przy dobrej widoczności nawet na oddaloną o piętnaście kilometrów Jasną Górę.

W promieniach wschodzącego słońca na tle zieleni drzew wyraźnie odcina się barokowy kościół św. Jana Chrzciciela.

Słońce coraz wyżej ponad horyzontem. Pora żegnać zamek Olsztyn, a witać jurajski Olsztyn. W porównaniu z warmińskim imiennikiem jest malutki i ma ponad dwadzieścia razy mniej mieszkańców. Czy wszyscy to artyści?

Dochodzi godzina dziewiąta. Ilu turystów spotkałem w ciągu porannych godzin spędzonych na zamku i w okolicy? Dwoje.

„Jura o świcie czeka na odkrycie”.

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

A MOŻE BY TAK RZUCIĆ WSZYSTKO I WYJECHAĆ W BIESZCZADY
12.03.2020
OJCÓW. TURYŚCI MAJĄ SIĘ DOBRZE, MIEJSCOWI LEPIEJ
27.07.2017
LEŚNIÓW SŁYNIE, CHOĆ NA UBOCZU I MAŁO ZNANY
06.07.2017
poliptyk w bazylice mniejszej św. andzreja w olkuszu
OLKUSZ – SREBRNE MIASTO BEZ SREBRA
25.09.2015
dawna zabudowa gotyckiego zamku rabsztyn
ZAMEK RABSZTYN. A MOGŁO BYĆ LEPIEJ
05.09.2015
Góra Zborów Jura Krakowsko-Częstochowska
POCZUJ JURĘ. CZEKA GÓRA ZBORÓW
03.08.2015