ZAMYKAM BLOGOWE LATO I WAKACJE


Jeśli spełni się marzenie i zostanę świętym, w Niebie ucieszyłbym się z wiecznego maja albo września – moich ulubionych miesięcy. Dziwne, bo jeszcze całkiem nie tak dawno faworytami były oba wakacyjne. Przeszło mi. Dlaczego? Odpowiedzi w moim imieniu udzielił Stanisław Łubieński w dopiero co omawianej książce Dwanaście srok za ogon: „(…) wyleczyłem się ze szkolnej miłości do wakacji. Duchota, martwe, nieruchome powietrze i słoneczna lampa od samego rana. Ciągnące od świtu tabory z dmuchanymi krokodylami, leżakami i ręcznikami z gołą babą. Tłumy mężczyzn bez koszulek. Muzyka z komórek. (…) Opalające się półnago staruszki. Skwapliwi strażnicy żaru w rozstawionych grillach i zapach sików spod każdego krzaka. No i śmieci.” Coś mi się zdaje, że jest nas z lata na lato coraz liczniejsza grupa. Na blogu w czasie wakacji trochę się wydarzyło, trzeba by zrobić po dwóch miesiącach mały remanent i ten rozdział zamknąć.

Jeśli kanikuła to wyjazdy i samochód. Dobrze, gdyby nowy, a jeszcze lepiej, jeśli stary. Bardzo stary. Na przykład taki Ford T, motoryzacyjny rarytas – wraz z innymi autami retro – pokazywany w czerwcu w jednej z dwóch „kolekcjonerskich” relacji.

W drugiej, prawdziwą perłą był amerykański Nash 126. Nie należy kojarzyć liczby z naszym krajowym produktem. Przy maluchu ten samochód sprzed stu lat wygląda jak rzeźba Michała Anioła.

nash 126

Dobrze, że istnieją jeszcze samochody, którym współczesne trendy (nie przepadam za tym słowem) w motoryzacji są obce.

Pora udać się w podróż. Ruszyłem na Jurę Krakowsko – Częstochowską, krainę niby znaną, ale cały czas do odkrywania. Na trasie jako pierwszy czeka Ojców, położony trzydzieści kilometrów od Krakowa. Na miejscu (oprócz krajobrazów i ciekawej zabudowy) – najlepsze w Polsce smażone lub wędzone pstrągi.

Dotarcie do następnego miejsca na Jurze nie jest takie proste. Leśniów  leży na uboczu głównych szlaków turystycznych, ale jeśli ktoś raz trafił do Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej, z reguły wiele razy tu wraca. I nie zawsze jest w stanie sobie wytłumaczyć ten fenomen. To również mój przypadek.

Żeby dotrzeć stąd na południe można przebierać w trasach. Warto pojechać Drogą Krajową 94 i zwiedzić położoną w Zagłębiu Dąbrowskim Czeladź. Jedno z tych pokrzywdzonych miasteczek, które – gnając przed siebie – ogląda się w ciągu minuty zza szyb samochodu.

Już po godzinie od wyjazdu z Czeladzi można zobaczyć przy drodze tablicę z napisem Bielsko – Biała. Mam dla tego miasta dużo sentymentu. Pokazywałem je na blogu w różnych odsłonach. Nie dość, że przypomina stateczny, secesyjny Wiedeń to jest też rajem dla ludzi aktywnych w każdym wieku. I na tym w ostatniej, „zielonej” relacji się skupiłem.

A skoro już o turystyce i rekreacji w wersji zarówno dla dbających o kondycję jak i dla leniwych. Szyndzielnia swoimi atrakcjami, dobrze oznakowaną siecią szlaków wypełnia bez trudu cały dzień. Z czymś kojarzysz tę górę? Sprawdź, z czym będziesz mógł jeszcze.

Co łączy kilka pokazywanych w czasie wakacji na blogu wystaw? Nic. No bo co ma wspólnego sztuka naiwna prezentowana przez trzystu artystów z czterdziestu dwóch państw na największym tego typu wydarzeniu w Europie, czyli na X Art Naif Festiwalu

ze sztuką współczesną w wersji awangardowej, wymagającej pewnego przygotowania i obycia. A taka właśnie pokazywana jest przez krakowski MOCAK – Muzeum Sztuki Współczesnej położony na terenie dawnej fabryki Oskara Schindlera.

Wreszcie, jak zestawić to wszystko z dziwną aktywnością plastyczną, którą nazwano art brut. Znalazła swoje miejsce w sztuce, warto ją poznać, wiedzieć coś o niej, ale nie do końca mnie przekonała (na razie?).

Jakby tego było mało, wybrałem się w sierpniu na intrygującą wystawę izraelskiej artystki Brachy Lichtenberg Ettinger  “Eurydyka – Pieta”. Jedną z tych ekspozycji, po których ludzie widziani na ulicy wydają się bardzo pogodni, a powietrze wibruje optymizmem.

A co do czytania? Podobnie jak 99% populacji nie znam się na ptakach, ale podobnie jak te 99% bardzo je lubię. I lubię czytać o nich. Z czystym sumieniem polecam cytowaną już na wstępie książkę Stanisława Łubieńskiego “Dwanaście srok za ogon”. Straszną rzecz dla nas, Polaków, tam wyczytałem – ojczyzną bocianów nie jest już Polska, a Hiszpania. Tyle wieków tęsknego wypatrywania, czułego przygarniania, a już nie chcą z nami? To się nazywa czarna bociania wdzięczność. Krzepiących wieści, podanych świetnym stylem, daleko jednak więcej niż tych przygnębiających.

W połowie lipca dotarła wiadomość, że w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat zmarła Julia Hartwig. Chciałem napisać: wyjątkowa poetka, ale bardziej pasuje: wyjątkowa postać. Wrażliwość, erudycja, myślenie o życiu i świecie każe ją postawić obok, kurczącej się coraz bardziej z roku na rok, grupy ostatnich największych.

Od lat moim ulubionym czasopismem literackim pozostaje dwumiesięcznik „Topos”. Ewenementem jest nie tylko zawartość każdego numeru, ale i to, że czytelnik otrzymuje dołączone doń dwa tomiki poezji. Każdy numer kupowany przeze mnie w Empiku to gwarancja dawkowanej  lektury, dla przedłużania czytelniczej radości, przynajmniej na miesiąc.

Na podstawie trzech wakacyjnych tytułów można by stworzyć przy odrobinie wyobraźni odważną powieść obyczajową. Czy ciotki rewolucji, które lubią rozbierać się do rosołu mogą szukać drugiej połowy?

Mogą, u mnie wszystko mogą.

Dla każdego inna (nie, to już nie o ciotce). Granica prywatności, bo o niej mowa, to wątek tyleż ciekawy, co niewyczerpany. Wyznaczana przez wychowanie, wzorce kulturowe, obycie, kompleksy.  Czym jest dla mnie i dlaczego tak ją ustaliłem?

Pocałunek może być pustym gestem, zwłaszcza ten udawany, „w powietrzu”, ale najczęściej wiąże się ze sferą intymną i miłością. Czy coś jeszcze może zaskoczyć w literaturze na jego temat? Jasne, pod warunkiem, że będzie to mała książeczka z 1922 roku włoskiego psychiatry udającego eksperta. Cesare Lombroso napisał najgłupszy tekst, jaki czytałem w tym roku.

Równie niedorzecznie brzmią ogłoszenia pracy. Ale tu widzę poważne okoliczności łagodzące. Po pierwsze, cytaty pochodzą z 1890 roku. Po drugie, kilka pokoleń temu i wykonywane zawody były inne, ale co najbardziej zaskakuje przy tak, zdawałoby się, niewinnym temacie, i sfera obyczajowości była – powiedziałbym – o niebo zdrowsza. 

Wakacje wakacjami, ale nie odpuściłem zaproszenia do wysiłku umysłowego. Zwłaszcza, że dotarłem do horoskopu, który zamienił się w dyktando. Albo odwrotnie. Jęki przerażenia długo docierały do mojego komputera. Co ci szkodzi, spróbuj. Okrzyki radości też docierają.

Takim oto sposobem wspólnie dotarliśmy do września. Dobrze się w tym miesiącu podróżuje i zwiedza. Dzieci w szkołach, rodzice w fabrykach, lato w odwrocie. Tak lubię.

Zapraszam wkrótce do prawie jesiennego Olsztyna. Nie, nie tego Olsztyna. Inne też są.

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

CZELADŹ. MAŁE MIASTO Z CHARAKTEREM
21.08.2017