ZBIGNIEW HERBERT. DWADZIEŚCIA LAT BEZ NIEGO/Z NIM


Żaden z poetów nie dał mi większej przyjemności intelektualnej, głębszego wzruszenia, poczucia obcowania z przekazem czystym i uczciwym niż Zbigniew Herbert. Pomyśleć tylko, że pierwsze literackie z nim spotkanie było katastrofalnie złe. Doszło doń, a jakże, na śmiertelnie nudnej lekcji polskiego w liceum. „Zniszczony” ulubionym pytaniem polonistki, zadawanym w trakcie wszystkich bez wyjątku interpretacji: „co poeta chciał przez to powiedzieć”, nie mógł wtedy znaleźć w mojej pamięci wdzięcznego miejsca. Dopiero na studiach jego twórczość mnie oszołomiła. I ten stan trwa, choć od śmierci poety minęło 28 lipca dwadzieścia lat.

Jak to możliwe? Szmat czasu, a mnie się wydaje, że odszedł tak niedawno. Właściwie – może dzięki nieustannym powrotom do jego twórczości – że nadal jest z nami. Pamiętam pierwszy tomik poezji kupiony w krakowskim antykwariacie. W „Strunie światła” znalazłem utwór, który do dziś pozostaje dla mnie rodzajem szczególnej modlitwy. Jeden z najbardziej „moich” w całej znanej mi poezji – „Do Marka Aurelego”.

Dobranoc Marku lampę zgaś

i zamknij książkę Już nad głową

wznosi się srebrne larum gwiazd

to niebo mówi obcą mową (…)

Od tamtej chwili, kiedy siedząc na Plantach odkryłem ten wiersz, czytałem już wszystko, co wyszło spod jego pióra. Przyszła pora na kolejne odkrycia: cykl o Panu Cogito, a w nim zaklęcie dla całego pokolenia – „Przesłanie Pana Cogito”, „Studium przedmiotu”, „Elegię na odejście”, „Barbarzyńców w ogrodzie”, czy „Martwą naturę z wędzidłem”.

Bez Nobla, ale dla mnie to on w polskiej poezji współczesnej jest największy. Promieniuje wciąż tym samym urokiem, biorącym się z dawki humoru, ironii, wiary w siebie, ale i gorzkiej przenikliwości, melancholii, bezradności. Z miłości do tradycji polskiej i europejskiej, popartej erudycyjną wiedzą. Udało mu się osiągnąć prostotę i krystaliczną jasność, choć traktował o rzeczach dla człowieka najtrudniejszych. Stąd zapewne bierze się jego przekonanie, że sztuka poezji wywodzi się z umiejętności zachowania stoickiego spokoju w każdej sytuacji. I tylko dzięki temu możliwy jest ocalający dystans wobec lęku i rozpaczy.

jeśli tematem sztuki

będzie dzbanek rozbity

mała rozbita dusza

z wielkim żalem nad sobą

to co po nas zostanie

będzie jak płacz kochanków

w małym brudnym hotelu

kiedy świtają tapety

„Dlaczego klasycy”

Któryś z pisarzy podał przepis na test sprawdzający siłę, z jaką dzieło do nas trafia. Otóż, w trakcie lektury nie należy przywiązywać się tylko do głosu rozumu i tylko do głosu serca. Prawdziwą miarą jest dreszcz przebiegający po plecach. Pojawiający się niezależnie od naszej woli i literackich kalkulacji. Sugestii i oczekiwań. Ten dreszcz, kiedy czytam Herberta jest mi dobrze znany.

Rodzinny Lwów opuścił mając dwadzieścia lat, w 1944 roku, przed ponownym wkroczeniem Armii Czerwonej. „Miasto kresowe, do którego nie wrócę” – pisał w „Epilogu burzy”, ostatniej  swojej książce. Zraniony utratą, nigdy nie nazwał Lwowa w swojej poezji. Jakby nazwanie po imieniu było czymś bolesnym i rozdrapywało ranę. Poznał wiele miast na świecie, wszystkie „do życia” potrzebowały imienia, to jedno obywało się bez niego.

Po wojnie Herbert egzystował w ponurej, narzuconej socjalistycznej rzeczywistości. Jak udało mu się zachować w niej niezłomność, prawość i wewnętrzną wolność? Jaką siłą dysponował, że nigdy nie poszedł na kompromis z władzą, godząc się przez lata na rolę literackiego pariasa? Z właściwą sobie ironią wyjaśniał: „W gruncie rzeczy była to kwestia smaku” („Potęga smaku”).

Kim jest dla mnie Herbert, że piszę o nim w tonie uwielbienia? Artystą o największym wśród polskich poetów kunszcie, który mistrzowsko czerpał z kulturowego dziedzictwa, ważnego bez względu na religijne przekonania ludzi, czyli tradycji judeochrześcijańskiej. Wreszcie, z niespotykaną wrażliwością kontemplujący świat, pomimo panoszącej się nikczemności i zła. Tak, to niemal „kanoniczny” obraz, i choć wiem, że Herbert jako człowiek na hagiografię nie zasługuje, nie potrafię o nim myśleć inaczej.

Na wspomnianej licealnej lekcji polskiego pracowaliśmy w grupach. Z bezsilnym mozołem, wraz z Andrzejem, Stachem i Adamem, starałem się przeniknąć zamysł autora, by po kwadransie – zaspokajając oczekiwania nauczycielki – zespoloną siłą czterech umysłów, lękliwie wyjaśnić, co Herbert „chciał powiedzieć”. Nasze wysiłki spełzły na niczym; dostaliśmy solidarnie po dostatecznym z minusem.

Do dziś, na szczęście, nadal nie wiem, co chciał powiedzieć. I oby napięcie domniemania – nie wiedzy, przeczuwania – nie pewności, już ze mną pozostało. A zakończenie „Do Marka Aurelego” niech zawsze chwyta za gardło:

więc lepiej Marku spokój zdejm

i ponad ciemność podaj rękę

niech drży gdy bije w zmysłów pięć

jak w wątłą lirę ślepy wszechświat

zdradzi nas wszechświat astronomia

rachunek gwiazd i mądrość traw

i twoja wielkość zbyt ogromna

i mój bezradny Marku płacz



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
JAKA BYŁA HALINA POŚWIATOWSKA
20.04.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
SZYMBORSKA, KRAKÓW I SZUFLADA
15.11.2017
RUSINEK „NIC ZWYCZAJNEGO”. PRZEKONAŁEM SIĘ DO SZYMBORSKIEJ?
16.03.2017
„NAJLEPIEJ W ŻYCIU MA TWÓJ KOT. LISTY” WISŁAWA SZYMBORSKA, KORNEL FILIPOWICZ
26.02.2017
LEKTURY PONOWNE. BIAŁOSZEWSKI „ROZKURZ”
08.12.2015
Recenzja książki pryzwan Haśka
MARIOLA PRYZWAN „HAŚKA” – BEZ SERCA NIE PODCHODŹ /RECENZJA/
22.07.2015
Pomnik Mikołaja Reja w Nagłowicach
PO CO NAM DZISIAJ MIKOŁAJ REJ
13.07.2015