ŻEŃSKIE NAZWY ZAWODÓW, CZYLI POŚLICA I PROFESORA


“Chwała Bogu, w naszym seksistowskim społeczeństwie dokonuje się przynajmniej nobilitacja żeńskich nazw.” Jechałem samochodem i bardzo mnie rozproszyło to zdanie usłyszane w radiowej audycji. Umieścić w dwunastu wyrazach akt strzelisty do Pana Boga, pewność o dominacji mężczyzn nad kobietami i przekonanie o słusznych zmianach dotyczących nazw, w lingwistyce określanych jako feminatywa, to doprawdy spory wyczyn. A chodzi po prostu o sztucznie napompowany problem, któremu na imię: żeńskie nazwy zawodów i tytułów. 

Panie, które wzięły się ochoczo za “poprawianie” polszczyzny zdają się zapominać o jednym – język stanowczo nie lubi odgórnie wydawanych nakazów, za to uwielbia prostotę. Co z tego konkretnie wynika?

Tomasz Lis zapytał swego czasu minister sportu, Joannę Muchę, jak się do niej zwracać. Usłyszał: “Pani ministro preferuję, jeśli mogę.”

Znana wypowiedź dobrze definiuje sedno sprawy. Tego rodzaju postulatów jest, rzecz jasna, bez liku. Albo inaczej ujmując – istnieje jeden wielki zamysł: stworzyć czym prędzej i wprowadzić w życie żeńskie odpowiedniki nazw zawodów. Bez względu na efekt i możliwe skojarzenia. No i dokonuje się karkołomnych prób, z których powstają dziwne, coraz dziwniejsze konstrukcje.  O psycholożkach, gastrolożkach, filolożkach, teatrolożkach nie wspominam, ale pedagożka, premiera, profesora, szpiegini robią na mnie nadal wrażenie.

Samo zjawisko nie jest czymś nowym. Od dawna przez dodanie przyrostka -ka tworzono żeńskie nazwy zawodów. Nikogo nie zaskakuje szwaczka, malarka, lekarka, kucharka. Obawiam się jednak, że w ramach opacznie rozumianego równouprawnienia za chwilę pojawi się ślusarka, murarka, stolarka.

Dobrym przykładem niefortunnej zmiany nazwy jest posłanka, która najpierw była posełką. Tymczasem profesor Bralczyk zwraca uwagę, że obie formy są błędne, ponieważ na wzór orlicy, diablicy prawidłowa forma powinna brzmieć: poślica. Formy z końcówką a nie zawsze się jednak sprawdzają. Walecznym autorkom proponowanych zmian umyka, że ich pomysły to dobra pożywka dla ironii i dowcipów. Premiera brzmi tak samo jak premiera teatralna lub filmowa, ministra jak forma dzierżawcza (czyja? ministra), profesora kieruje wyobraźnię jedynie w stronę słusznych gabarytów, a nie tytułu.

Dodanie przyrostka -ka też niczego nie załatwia. Często kojarzy się niepoważnie, infantylnie (cecha zdrobnień – gwiazdka, kurka), a nawet obraźliwie. Ryzykowne odezwać się do pani profesor na uczelni: pani profesorko. Źle, moim zdaniem, brzmi: mecenaska, ministerka, doktorka, filozofka. Oficerka to kobieta oficer czy but skórzany? Marynarka, pilotka, literatka, tokarka to kobiety czy przedmioty? Podobnie drukarka i tapicerka. Reżyserka to pomieszczenie w studiu radiowym lub telewizyjnym. Dochodzi jeszcze problem fonetyczny: wymowa takich form jak adiunktka, pedriatrka, architektka do łatwych wcale nie należy.

Czy feministki tego chcą czy nie, trudno ukryć – żeńskie nazwy zawodów i tytułów, wykorzystujące formy męskie nie tylko brzmią poważniej, ale są traktowane jako bardziej uprzejme. “Proszę panią profesor o wskazówki”, “Idę do pani doktor”, “Widziałem panią minister”, “Umówiłem się z panią mecenas”.

Jak więc sobie z tymi problemami radzić. Przede wszystkim, nie udziwniać. Pomocą w kwestiach spornych od dawna służyły zaimki wskazujące i odmienna fleksja (odmiana) – ta chemik, ten chemik, ta minister, ten minister, idę do laryngolog (kobiety), idę do laryngologa (mężczyzny), jadę z dyrektor, jadę z dyrektorem.

Profesor Miodek zwraca uwagę na swoisty paradoks. Postępująca w XIX wieku emancypacja spowodowała, że kobiety  postulowały wtedy wyzbycie się żeńskich końcówek w nazwach zawodów, a dziś ― z tych samych powodów ― owe żeńskie końcówki usiłują przywrócić.

Żeńskie nazwy zawodów i tytułów to bardzo ciekawy, ale często również uciążliwy temat. Zwłaszcza, gdy panie koniecznie chcą oddziaływać na język siłowo – rygorem i nakazami, a kwestie ideowe czy polityczne biorą górę nad zdrowym rozsądkiem.  Koszmarek “ministry” Muchy, który miał być w zamyśle manifestem światopoglądowym dobrze oddaje istotę.

Pamiętaj, kiedy więc myśliwa przez nieuwagę, zamiast do dzika, strzeli do ciebie, a w szpitalu chirurżka podejdzie z lancetem, staraj się wszystko zapamiętać. Twoją relację literacko potem opisze dramaturżka.

Ciekaw jestem, czy opisany trend językowy rzeczywiście irytuje. Albo, czy to znak czasów, który należy (zaciskając zęby lub nie) akceptować. Jakie jest Twoje zdanie?


  • Mnie brak żeńskich odpowiedników irytuje tylko w przypadku doktora i profesora. No bo łatwo i miło powiedzieć “Ten cholerny doktor znowu nawalił nam lektur”, ale w wersji “Ta cholerna pani doktor znowu nawaliła nam lektur” brzmi to okropnie, gdyż to “pani” dodaje za dużo szacunku i powagi, których nie jest w stanie przezwyciężyć żadna studencka beztroska. Wiadomo, i uczniowie, i studenci uwielbiają spoufalać się ze swoimi nauczycielami, gdy ci nie słyszą – nikt w moim liceum nie mówił o “pani profesor”, tak samo nikt na studiach nie mówi “pani doktor”. Ale gramatyka nas zmusza. No smutne.
    Poza tym damskie wersje jednak nie brzmią za bardzo… Wolałabym nie być tak nazywaną. A zresztą – skoro mamy takie równouprawnienie, to kogo interesuje, jakiej płci ktoś jest?

    • Myślę, że w rozmowach prywatnych większość posługuje się nazwiskami: “Kowalska nie zna litości”, a dopiero poziom oficjalny nakazuje korzystanie z form typu: “Pani doktor Kowalska słusznie wymaga” .
      Samo życie ułatwia porozumiewanie się, niepotrzebnie są ideologiczne komplikacje nazewnicze.

  • basetla

    Spieszę donieść, że mnie ten trend bardziej bawi niż irytuje. Coś mi się zdaje, że niektóre panie zapędziły się w językowy ślepy zaułek. Dobrze, że poruszyłeś ten temat. A poślica, szpiegini i myśliwa wygrywają.
    Magistra? Magister? Magisterka? Basetla

    • Myśliwa miejsce na podium ma zapewnione, magister Basetlo.

    • Aga z podróży szczypta

      mnie ten trend zadziwia. Zastanawiam się czy panie walczące o odpowiednią “końcówkę”, naprawdę nie słyszą jak komicznie brzmią zmienione nazwy.
      Trudno zachować powagę i traktować z szacunkiem poślicę, reżyserkę czy mecenaskę. To brzmi jak dziecinna wyliczanka poślica-oślica, reżyserka-wyżerka, mecenaska-do diaska… raz, dwa, trzy gonisz ty 🙂

  • Poruszyliśmy ostatnio ten temat na zajęciach, szumnie zwanych Stylistyką. I mimo, że na polonistyce przeważają studentki, to wszystkie zgodnie stwierdziły, że o ile teraz mogą być studentkami, to w przyszłości chyba wolą tytuł pani profesor niż profesorki. Chociaż, realnie patrząc, zostaną raczej edytorkami (to brzmi całkiem po ludzku, chociaż kojarzy się z czymś małym i słodkim) korektorkami (albo koreczkami na słodko, czyli ogórkami) albo… hm… graficzkami? No i oczywiście składaczkami. Chyba jednak wolę zostać edytorem, redaktorem albo grafikiem (artystą, nie wypisem z godzinami). Nazwy moich przyszłych zawodów są dość karkołomne nawet w tradycyjnej formie, przerabianie ich to strzał w kolano. Chociaż ,,zecerka” brzmi całkiem nieźle, chociaż nieodmiennie kojarzy mi się z zacierką.

    • Szczerze mówiąc, zaskoczyłaś mnie jednomyślnością koleżanek na roku. Nieszczęsny myślałem, że na polonistyce z wszystkiego najlepiej ma się feminizm i studiują same literatki i dramaturżki, a najmniej zwykłych poetek.